wtorek, 9 stycznia 2018

(253) Prezent od mężczyzny nie może być banalny

     Przeczytałam coś tak pięknego, że skóra zaczęła mi się iskrzyć jak futro jednorożca, a zamiast krwi  przesuwały się w żyłach kłębuszki waty, łechcąc mnie delikatnie pod różową podszewką.

Takie niby nic!
A zaczyna się jak bajka:

Ich ojciec nie był zbyt bogaty, chociaż mieszkał w Stanach. Był wręcz biedny. Oksymoron, co? Przecież wiadomo, ze jak myśli się o Ameryce, to widzi się Amerykańca z korpo, ewentualnie jakiegoś innego nowojorczyka pędzącego żółtą taksówką, albo metrem, spieszącego się do banku, wynajmowanego domu albo po prostu biegnącego po hot-doga. Chyba, że myśli się o kobiecie, wtedy staje przed oczami pani z shitsu pod uperfumowaną pachą, nastolatka w sneakersach, wielka Murzynka, sprzedawczyni lub biurwa. Albo wręcz przeciwnie - myśli się o homelessach zasiedlających kawałek kartonu po pampersach. Nikt w naszej potocznej wizji Amerykanina jakoś nie mieszka na wsi, a tak się śmiesznie składa, że chyba większość USA to wieś. 

     No i ojciec mieszkał na wsi właśnie. Żeby było ładniej, nazwiemy to farmą. 
Zbliżały się urodziny córek, może i bliźniaczek, a on nie kupił im żadnego prezentu. Hm, teraz się zastanawiam, że może to nawet nie były bliźniaczki? Niemniej to ojciec, czyli osobnik domyślam się, płci męskiej, więc mógł nie zdążyć z tym całym kramem zakupowym, miał za mało czasu, by ogarnąć nawet w rozpiętości urodzin odległych o pół roku. Co tu zrobić? Do najbliższego sklepu sto dwadzieścia strzałów z łuku, ale i tak niema baksów, nie uplecie też na poczekaniu bikini z kory, nie nazbiera muszelek na naszyjnik, choćby dlatego, że do oceanu jest hoho, a może i dalej, fermentacja alkoholowa też odpada z racji niedoborów czasowych i ścisłych zakazów stanowych dotyczących upajania nieletnich, a już tym bardziej własnych. Prawdę powiedziawszy nie wiem, czy tak pomyślał, więc chyba trochę zmyślam, ale to co zdarzyło się później, wydarzyło się naprawdę. 


     Słońce skrwawiło się linką horyzontu, rozlewając się z sykiem po piachach pustyni i przesiąkało leniwie na drugą stronę Ziemi, skapując tam porankiem. Tymczasem tutaj, po stronie zdarzeń, wlewała się z góry czerń kosmosu inkrustowana błyszczącymi diamencikami gwiazd. Całość prezentowała się nietandetnie, więc ojciec zabrał swoje córki właśnie tam, na pustynię pod wypięte na nich niebo. U nas ojciec wyprowadził Jasia i Małgosię do lasu, ale tu jest Ameryka!
- Wybierzcie sobie którąś gwiazdę, to prezent ode mnie. 
Dziewczyny były zachwycone. Wybrały sobie po jednej i wpatrywały się w podarki uszczęśliwione. Okazało się, ze jedna wybrała sobie Wenus, trochę się więc pospierali czy może dostać planetę, w końcu miały dostać równo po gwieździe. Finalnie stanęło na tym, że jedna wybrała sobie... tu wypikam, bo nie wiem co widać na niebie letnią nocą nad Stanami, a nie chcę wymyślać farmazonów paranaukowych, że mogła być to jedna z gwiazd konstelacji Oriona - ładnie brzmi, ale bez riserczu nie da się tego dokładnie orzec, a jest już po pierwszej w nocy,więc nie będę zgłębiać astronomii o tej porze. Mam czytelników, którzy znają się na ciałach, i to nie tylko niebieskich, pewnie wstawią w kropki coś ładnego. 
Druga dziewczyna dostała Wenus, tu już nie mam wątpliwości. 

**
(dwie gwiazdki, słodki Jezu w morelach!)

No i taka to właśnie opowieść poruszyła me wątpia. Mieć własną gwiazdę! Ba! Mieć planetę na własność! Kto tak ma? Ja też chcę, niech mi ktoś podaruje jakieś ciało! Przecież to jest płynny romantyzm, co?


poniedziałek, 1 stycznia 2018

(252) Bąbelki w nosie, na zdrowie!

No, to koniec. 
Stary rok padł z wycieńczenia tuż za progiem i wyzionął ducha woniejącego siarką z chińskich fabryk fajerwerków. Okazało się jednak, ze to samica i o północy zdążyła powić kląskające młode. Teraz będzie rosło, żarło, chorowało i znosiło do domu różne rzeczy. Części z nich się domyślam, bo znam jego matkę i wiem co ona zdążyła nazbierać przez 365 dni swojego żywota. O, na przykład taki Mat, źrenica oka mego, pierworodny z krwi i nakładów finansowych, zlepek z genów, smartfona i dowcipu odziedziczonego po mamusi, zebrał takie kwiatki:

- Mamusiu (bo Mat tak się zwraca do matki, co ją niemiłosiernie bawi, zwłaszcza w powiązaniu z zabawnym faktem, że Mat ją przerósł o 7cm, a matka jednak do ułomków nie należy). Mamusiu - wydaje mi się, że jestem bardzo brzydki!
- Daj spokój, synu, przecież mówią, że jesteś jak skóra zdjęta ze mnie.
- No właśnie!

A Mim poszedł w stronę skrócenia szczebli drabiny wiodącej prosto w górę kariery pracownika NASA:

- Mamo, czy mogę już nie ubierać choinki? Chciałbym teraz porozwiązywać sobie zadania dodatkowe z matematyki. 

O_o


No i taki będzie ten 2018. Wierna kontynuacja roku już minionego, wyprowadzana na smyczach z DNA.

No chyba, że się jest mną, to czekają same nowości, mną, która właśnie wypisała się ze szpitala na własną prośbę. Pobyt w placówce resuscytacji zdrowia nie jest codziennością w moim przypadku, choć z Kręgosłupa Oralnego można by wyciągnąć odmienne wnioski. Jest barwnie z tym, że tak powiem, ale nieprzesadnie :) 
No i mam teraz na grzbiecie brzemię anatemy rzuconej przez ordynatora o nazwisku jak płaz: jeśli pani opuści progi naszego oddziału, już nigdy, przenigdy nie przekroczy go pani w druga stronę. Zaprawdę, powiadam to pani przy czternastu świadkach zgromadzonych w tym oto gabinecie zabiegowym, w którym czynię obchód, a siedzę. Takie cuda!
W zasadzie profesor był jak wielkie, noworoczne chińskie ciacho z dobrą wróżbą.

Tak sobie teraz pomyślałam, jako że będzie to, mam nadzieję rok mojego zakwitu na stawie literatury dla dzieci i młodzieży, że niech będzie wróżbą pierwsze zdanie, które napisałam w nowym roku. No i zdanie to brzmi: Tym szampanem nie da się upić. Więc pijmy, pijmy i oby nam bąbelki nie uderzyły do głów! (O, dzisiaj przeczytałam nowinę internetową, że nie da się gniewnie powiedzieć słowa: bąbelki). 

Bądźcie szczęśliwi, Skorpioczytacze z przyległościami! (Po świętach moje przyległości rozpasały się nadto, pocieszcie mnie, że Wasze też, co?).


Jeanne Lorioz



środa, 20 grudnia 2017

(251) Piekło w buraczkach

To było piekło na ziemi. 
Ale nie uprzedzajmy faktów.
Zaczęło się w zasadzie niewinnie, moje spóźnienie wyniosło tylko jakieś circa dwie-trzy minuty, praktycznie nie było o czym mówić, nie był to nawet przedsionek piekła, chociaż droga do niego wybrukowana jest dobrymi chęciami, a ja dobre chęci raczej zawsze mam. No i teraz też miałam, ale cóż. Człowiek strzela, Pan Bóg kule nosi, a Diabłu ogarek, czy jakoś tak. W ogóle skandal, żeby pociąg zza granicy przyjeżdżał punktualnie, co do minuty. Kto by się spodziewał! Ale, (tu jednak uprzedzę fakty), na szczęście kolej poprawiła się w drodze powrotnej, omijając rozkład jazdy szerokim łukiem o 40 minut, potem o 80, następnie obiecała skrócić męczarnie do 70, czym momentalnie zaskarbiła sobie ciepłe uczucia oczekujących podróżnych na całe 3 minuty, by po upływie tego czasu zrzucić ich w krainę chaosu i rozpaczy wynoszącą 115 minut. Plus z Berlinie kolejne kilkadziesiąt. No. A już się zaczęłam martwić o kondycję taboru, jak się jednak okazało, zupełnie niepotrzebnie.

     Diabeł w buraczkach czekał cierpliwie na peronie drugim i  nawet jakby nieco ucieszył się na  mój widok. Szok. Gdyby nie stał sam, tylko w morzu ciżby ludzkiej, to i tak poznałabym go po rogach. Serio, chcę taką czapkę. Kopytka Diabeł ukrył sprytnie w obuwiu, więc nie stukał po bruku, ogon schował pod pięknym grafitowym seterkiem, dzięki czemu można było zapomnieć, że to Diabeł z krwi i kości. Jacie! Ta myśl przeszywająca i jasna walnęła mnie dopiero teraz: Diabeł bardzo szybko i całkowicie uległ mi i oto już był w Poznaniu! Ecce diabolus!
Wyprowadziłam niezwłocznie Diabła na manowce, a więc na Dworzec Zachodni, który od niepamiętnych czasów bardzo skutecznie straszy zasłonami z płyt paździerzowych, wyrwanymi płytami z kolejowego trotuaru i nieziemskimi odgłosami nawiertów dochodzącymi zza płyt. Taka lokalna płytoteka poznańska. Ta szopka, która tam się odstawia, to chyba jakaś zasłona dymna, bo tak naprawdę to właśnie w Poznaniu znaleziono złoty pociąg i teraz tną go na kawałki, plotą z nich na miejscu łańcuszki i inne precjoza, a finalnie wynoszą po fajrancie na własnych szyjach i w miejscach po ekstrakcji trzonowców. W przeciwieństwie do uzębienia, ekipa pracująca jest zawsze w komplecie. O ile w ogóle jest, bo czasami w kazamatach dworca zalega niepokojąca cisza. Połowa załogi, ubrana w waciak stała właśnie na rusztowaniu na zewnątrz i zajmowała się elewacją. Dokładnie nie wiem co robiła, ale z ruchów dłoni odczytałam, że chyba głaskała spękany tynk i pocieszała nadwątloną budowlę, by nie obróciła się raptownie w mak i perzynę.

     W sumie spóźnienie moje wróżyło dobrze, trawestując powiedzenie, że dobre złego początki. Dlatego o ciąg dalszy pobytu byłam raczej spokojna. I tu teraz zza pleców dochodzi mnie chichot historii i ducha Skorpiolandu, którą to fuchę piastował Mat. Podczas niespełna trzydniowego pobytu Diabła w Skorpiolandzie, Mat wychynął raz jedyny ze swojej pieczary, odziany li i jedynie w piżamę i kapelusz kowbojski, skrywający higienicznie nadwątlone chorobą owłosienie. Wychynął na wózku inwalidzkim, który jest od dłuższego czasu, jak wiecie, bardzo intensywnie eksploatowany przez Mata, Mima i kota.

     Skorpioland powitał gościa miłym ciepełkiem wsączającym się z ogrzewanych podłóg bezpośrednio w stopy, a potem już wprost do krwioobiegu. Górna część Diabła została zalana rosołem. Chwilę później dojechały, tak tak! Kalina i Izabelka, na tę okoliczność została wykonana stosowna dokumentacja fotograficzna. Dostałyśmy od Diabła relikwie w postaci dwóch malunków, jednego kamiennego magnesu z Sardynii oraz plakatu rybiego, którego pożądanie można zaspokoić i posiąść go w Le Szopie. Kwików i szaleństwa było po pachy, bo wiadomo, że każdy ich pożąda, by sprzedać za jakiś czas po cenie zbytu Damy z łasiczką, a tak naprawdę z gronostajem.
     Po konsumpcji i bogato zdobionej konwersacji zapadła noc, która nie objęła w Skorpiolandzie swym ramieniem ani Izabelki, ani Kaliny. Może i miały szczęście...
    Głuchą nocą łóżeczko było miłe, godziny przelewały się leniwie po tarczy Księżyca, błoniaste skrzydła snu muskały znaczną część domowników, duch kaszlał gruźliczo co minutę, a moje ciało nie mogło wpaść w koleiny snu. Tymczasem... piekło jakby zamarzało, by o poranku osiągnąć temperaturę mrożącą krew w żyłach i soki trawienne, czyli niespełna 17C. Dramat, albowiem Diabeł przyjechał się głownie ogrzać i leżeć na golasa na podłodze, by wchłonąć megadżule ciepła, skumulować je i uwolnić dopiero we własnym domostwie. Na domiar złego ciężkie, wiszące nisko chmury rozpruły się i z dziury zaczął wysypywać się ten parszywy biały puch i ilościach po miliard płatków na głowę każdego mieszkańca od zera do 114 lat.
W Skorpiolandzie odbywały się w tym samym czasie sceny dantejskie (sic!) na temat ogrzewania i może tutaj napomknę dlaczego. Otóż cąły Skorpioland działa na paluszki, prąd i fale radiowe. Aby włączyć ogrzewanie, trzeba zsynchronizować elektronikę, która połączona jest bezprzewodowo magicznym eterem fal radiowych ze sterownikiem, który raczył paść. Głowili się nad tym mędrcy świata, monarchowie, którzy pospieszyli do Skorpiona bez tchu, rzucając to, co mieli w rękach, za co jestem im dozgonnie wdzięczna (napomknę tylko, że podlewanie ziem przynależnych do posiadłości jest również automatyczne, a wręcz skomputeryzowane, obejmuje zasięgiem pięć sektorów, ale nie żeby tu były hektary, o nie. Trzy skrawki ziemi wielkości latającego dywanu każda, roszone były równo od godziny trzynastej określoną ilością monotlenku diwodoru, w określonych sekwencjach i nie ma że boli, nawet w czasie deszczu. Tak się nagłowiłam nad tym komputerkiem, łącząc się z NASA, że już przez całe lato nie ruszałam tej enigmatycznej, a zarazem jednak skutecznej sekwencji, bo nie pamiętałam w jaki sposób ją ustawiłam. Tak więc, deszcz nie deszcz, podlewanie musowe. Tak napomykam, bo Skorpioland idzie pod młotek, więc  może ktoś akurat pragnie mieć takie zbytki? Na nic tu płacz Skorpioniątek i pęknięte maleńkie serca, można ustawiać się w kolejce. Selawi, jak mawiają Rosjanie.

     Ad rem. Piekło jakby zaczęło się ocieplać, więc udałyśmy się na wystawę Fridy Kahlo, polecam gorąco! Kto jeszcze nie był, niech bieży!
     Po wystawie czekały na nas nieprzebrane, wielorękie i mnogonożne tłumy, ale po chwili już wiedziałyśmy, że to nie nas będą podziwiać, tylko Festiwal Rzeźb Lodowych na Starym Rynku. Miałyśmy miejsce w loży honorowej, z okien pierwszego piętra zabytkowej kamieniczki, zajadając pierogi i popijając je winem patrzyłyśmy na ustrojony bożonarodzeniowo Stary Rynek, podświetlane rzeźby, padające wielkie płaty śniegu na lodowe żelki Haribo nadnaturalnych rozmiarów, czyli wielkości stojących na sobie dwóch krasnali (tak, Kaczko!). Bajka! I jak w bajce wracałyśmy w malowniczej śnieżycy, która ścigała Diabła aż zza Odry i dopadła tutaj. Było biało i magicznie. A po powrocie do domu, okazało się, że piekło znowu zamarzło.... Ale w nocy buchnęło żarem, dochodzącym do temperatury panującej na Bora Bora w okresie urlopowym. Piekło na ziemi!

     Po wyjeździe Diabła piec osiągnął apogeum aktywności, po czym wszystko wróciło do normy... I tak trwa do dzisiaj.


piątek, 8 grudnia 2017

(250) List w butelce

    Na świecie żyje tylu fantastycznych ludzi. Taki truizm wypowiedziany w nocnej godzinie, kiedy nikt nie słucha, może nie zabrzmi jak truizm? Wszystkich podziwiam. Niektórzy mnie inspirują, wielu mnie ciekawi, a pozostałym zazdroszczę :) Garstkę znam osobiście. Dla Instytutu Geofizyki PAN w Warszawie napisałam opowiadania, które spięłam w książkę. Powstały na kanwie rozmów, jakie przeprowadziłam z pracownikami IgF z okazji 60-lecia powstania Polskiej Stacji Polarnej w Hornsundzie na Spitsbergenie, a które dotyczyły ich niesamowitych przygód, nie tylko polarnych. To właśnie tej książki się spodziewamy, Skorpioczytacze. I to między innymi właśnie grupka tych niesamowitych ludzi, naukowców, odcisnęła się we mnie liniami papilarnymi swoich historii. Na przykład ----> ten Pan. W opowiadaniu w książce występuje jako Mag Lavender. Bo są to opowieści różniste literacko :)

    On zwraca się do mnie per Moniko, ja do Niego Marku. I o ile ja dla Niego jestem może i jakąś tam Moniką, tak On dla mnie jest Profesorem. Otóż wpadł On na pomysł. Genialny i śmiały - taki, o którym mogą myśleć tylko naukowcy i dzieci:







     I wiecie co? Zrobię sobie taką kapsułę czasu. Zakopię tylko w sobie znanym miejscu, daleko stąd, butelkę po szampanie, który tam wypiję, wśród zieleni. W środku będą listy i zdjęcia. Włos. I moje marzenie - zorza. Może się spełni. Myślę, co jeszcze...
Nie przetrwa ona pól miliona lat, raptem może kilkadziesiąt, a to i tak w sprzyjających warunkach, o ile ktoś nie zechce tam postawić bloku, lub odwrotnie - może przyroda nie wyda swojej tajemnicy już nikomu. A może butelka stłucze się, papier się rozłoży, zostanie wchłonięty przez korzenie drzewa, które potem zetną, zrobią papier i wydrukują na nim jakąś książkę. Może tak tu wrócę, kto wie. 

A Wy co byście włożyli do swojej kapsuły czasu?




Kakslauttanen Arctic Resort w fińskim Lapland



sobota, 25 listopada 2017

(249) Odgrzewane kluchy i Skorpion w TV

    Cztery lata tamu napisałam dobry tekst. Mam kilka takich, które uważam za dobre i cenne. Jeden mi się tak spodobał, że przemyciłam go w całości do Bazanka.
    
     W zeszłym tygodniu miałam urodziny, moje włosy zamieniają się barwą z oślim mlekiem, pszenica za grykę, miód za kredę. Młodość to echo życia, obija się o ściany poczekalni.
       Dzisiaj obudziłam się z myślą o poniższej notce, zaskoczona tym, jak jest kompatybilna z moją sytuacją życiową, mimo że minęło już sporo czasu. Wklejam ją tutaj, ale odsyłam do ----> źródła, bo tam są komentarze, które w świetle bieżących wydarzeń brzmią jeszcze silniej. 



poniedziałek, 29 lipca 2013


(79) podróż w czasie

   Sto lat temu beztrosko cięłam krajobraz, bryzgając kolorami na słoneczne pola rzepaku po prawej i fiolety ogórecznika po lewej. Moje dłonie odkładały skiby puszystych szmaragdowych zarośli i rozchylały kłujące gałęzie strzelistym sosnom. Przesypywałam przez palce miliardy ziaren piasku z dzikich plaż, nabierałam w płuca ciemne, pachnące jeziorem powietrze, a jedyny świadek nocnych kąpieli bezwstydnie wpatrywał się we mnie opalizująca tarczą. Wpychałam w oczy zachody słońca, spadające gwiazdy, polne drogi inkrustowane migoczącymi kałużami i kocimi łbami. Wcierałam w skórę zapach miodu i morskich wodorostów. Biegłam łapczywie na wprost, szybko, upojnie, a  wyciągniętymi do góry rękami orałam niebo i darłam paski błękitu. Biegłam przez pagórki, z młodzieńczą ciekawością co dalej, co za horyzontem. Jak gdzie indziej pachnie ziemia, jak słychać szelest leśnych cieni i jak smakuje nieznane. Tajemnica czaiła się za każdym zakrętem,  po skórze skakało to, co niecodzienne i niezwykłe, muskając ją każdą ze stu łaskoczących łapek. Lecznicza akupunktura małych niespodzianek. Wszystko zależało od losu, on rozdawał karty - gdzie i kiedy się obudzę, co zjem na kolację, jakie widoki zobaczę. Która stacja przytuli mnie na 3 godziny albo 3 dni.
Sto lat temu pod puchową poduszkę i przez dziurki w skrzynce wpływały strużki wierszy: Siedząc na małej stacyjce czekam na pociąg, trzymając głowę na udach ukochanej kobiety. Marzę tylko o tym, by ten pociąg nigdy nie nadjechał.

   Kalendarze zafurkotały i przerzuciły mnie o dziesiątki lat świetlnych naprzód. W XXI wieku nie jeżdżę już koleją. W szoferce cichutko szumi klimatyzacja, a śliskie podmuchy przefiltrowanego chłodnego powietrza omywają opalone ramiona. Zmęczona nieustannym brzękiem ciągniętych za sobą kotwic, zakładam kosmyk włosów za ucho niezmiennym od lat, płynnym ruchem i wyciągam strudzone stopy z pedantycznie pomalowanymi paznokciami. Cel podróży - wiadomy. Zaplanowane posiłki 3 razy dziennie, a ściany hotelu nie pachną brezentem i dymem z pizzerii.

Za oknami auta wieczór tasuje migające w pędzie krajobrazy. Już nie kantuje i nie przechowuje asów w rękawie. Do środka wpada miarowy pomruk silnika kabestanu zwijającego liny kotwiczne, które wciągają mnie do doku.

Po wycieczce na tylna kanapę rzucam podejrzanie lekko pytanie: i jak, podobało się Wam?

 

- Super! - woła uradowany Mim

- Noo.- mruczy do szyby Mat. - A mały, obleśny rachmistrz siedzący w mojej metryce, śliniąc wskazujący palec, skrzypiącym piórem dodaje w słupku kolejne 10 lat.

Bo nagle świat objawił mi z rozbrajającą szczerością swoją prawdę - Mat jeszcze tylko kilka razy spędzi z nami wakacje. Potem będą ważniejsi koledzy, dziewczyna. Teraz jego kolej fastrygować ścieżki swoimi krokami, i wysiadywać jajka niespodzianki na małych polanach.
 Tymczasem wydaje mi się, że mój patchwork jest gotowy.

Z tyłu głowy matka Nieuchronność ciągnie za cieniutkie żyłki i zaciska na mej twarzy siatkę zmarszczek.

***

A z innej beczki, to w październiku zostałam zaproszona jako 


do programu profesora Jana Miodka "Słownik polsko@polski", który będzie transmitowany  na falach TV Polonii dzisiaj o godz.17.00. Można go będzie oglądać w wersji nonstopicznej tutaj: ----> https://vod.tvp.pl/video/slownik-polskopolski,25112017-1700,34693147

W bibliotece Instytutu Geografii Uniwersytetu Wrocławskiego było mniej więcej tak:



Ja obejrzę post factum, bo nie mam TV Polonii i skończyła mi się waleriana. Dajcie znak jak było, czy nie poodpadały Wam guziki od koszul i nie pękły odbiorniki. Si ju! ♥

piątek, 10 listopada 2017

(248) Wózek inwalidzki i nalewka czyli jak to smutek z radością się przeplata

     Dom wariatów! Jak pragnę zdrowia, dom wariatów. Chciałam się tylko podzielić tą refleksją, która zakwitła kwiatem dorodnym i czerwonym, kiedy patrzyłam na naszą uszczuploną rodzinę, że w zasadzie nic się nie zmieniło w tym zakresie. Norma. Nawet po napisaniu tytułu, czytam: jak to sutek z radością się przeplata. W sumie niby prawda.
     
     Ad rem. Otóż staliśmy się szczęśliwymi, acz tymczasowymi posiadaczami dwóch wózków inwalidzkich. Jeden pojechał do ---> Michała, czerwony jak bolid Ferrari, drugi, niebieski jak niebo w południe, został u nas na przezimowanie. Nie wiedziałam, że brakuje nam wózka, dopóki nie przybył. Od tej chwili okazało się, że to sprzęt pierwszej potrzeby i rzadko stoi bezczynnie. Dzieci skorpiońskie oszczędzają nogi i ujeżdżają po Skorpiolandzie zamiennie. Czasem chcą popchać swą matkę, czyli mnie. Matka, jak to matka, zgadza się prawie na wszystko. W sumie bardzo słusznie, bo kto wie, co człowieka czeka, niech się młodzież przyzwyczaja. Chcą pchać, tym lepiej. Jak nie stara rodzicielka, to i tak czeka ich wózek-gondola z oseskiem. Siadam więc i jestem pchana, to zupełnie jak taksówka w skali mikro. Mim spożywa na nim także posiłki, a krótkie momenty, kiedy wózek stoi bezczynnie, wykorzystuje kot i zasypia na nim z lubością. Ale śpi tylko chwilę, bo zaraz wózek zaczyna jeździć z tym biednym zwierzęciem po domu, pchany troskliwie przez Mata i Mima. Faktycznie, kot jeżdżący na wózku inwalidzkim budzi nad wyraz opiekuńcze instynkty. Proszę poruszyć kołowrotkiem wyobraźni i rozczulić się.

     Sprzęt pomocniczy traktujemy jako sprzęt i tyle. Nie ma potrzeby się go bać. Zauważam bowiem, że społeczeństwo jest zabobonne, a jednocześnie traktuje zaopatrzenie ortopedyczne jak relikwie. Nie dotykaj! Nie siadaj! Dlaczego? Bo zachoruję? Bo dosięgnie mnie palec losu i utrąci kręgosłup za karę? Nie sądzę. Laska, kula, wózek, o ile nie służą jako rekwizyty do szykan, wyśmiewania się, poniżania drugiego człowieka, są zwykłym sprzętem. Ot i cała sprawa. 

      
     W domu siedzę niemalże na walizkach. Nie wiem w którym momencie będziemy musieli opuścić to miejsce, które tak kochamy. Żegnać się z kolegami dzieci, zmieniać szkoły, okolicę. W tym roku nie zasadziłam kwiatów w donicach przed domem, nie miałam surfinii jak co roku. Na stole trzymam dokumenty, których używam, bo sprawy urzędowe mnożą się w postępie geometrycznym. Śpię jak zając.

    Wczoraj dopadło mnie dziwne uczucie. Coś podobnego do końca żałoby, kiedy ma się już siłę przerzucać rzeczy po zmarłym. Wkładając wyprane i wyprasowane pościele na górną półkę szafy, wzrok mój padł na półki, gdzie były ubrania męża. Do tej pory zionęły pustką. Minęło już pół roku. Wczoraj postanowiłam, że położę na niej swoje ubrania. Dziwne uczucie. Jeszcze tego nie zrobiłam, ale chyba już mogę. Chyba schowam dokumenty. Może nawet zasadzę kwiatki w donicy... Ostatni raz.

http://poznan.wyborcza.pl/poznan/1,105531,19511602,murale-z-poezja-w-poznaniu-rozewicz-szymborska-herbert-jak.html
Znamienne, że ten mural jest obok biura mojego adwokata.

Jeżeli porcelana to wyłącznie taka
Stanisław Barańczak


      Jeżeli porcelana to wyłącznie taka
      Której nie żal pod butem tragarza lub gąsienicą czołgu,
      Jeżeli fotel, to niezbyt wygodny, tak aby
      Nie było przykro podnieść się i odejść;
      Jeżeli odzież, to tyle, ile można unieść w walizce,
      Jeżeli książki, to te, które można unieść w pamięci,
      Jeżeli plany, to takie, by można o nich zapomnieć
      gdy nadejdzie czas następnej przeprowadzki
      na inna ulicę, kontynent, etap dziejowy
      lub świat
      Kto ci powiedział, że wolno się przyzwyczajać?
      Kto ci powiedział, że cokolwiek jest na zawsze?
      Czy nikt ci nie powiedział, że nie będziesz nigdy
      w świecie
      czuł się jak u siebie w domu?


***

    Z rzeczy fajnych i przyjemnych mam ogłoszenie! Nie wiem, czy Wam w ogóle o tym mówić, bo zrobicie mi nie lada konkurencję, ale co tam, zawsze miałam dobre serce. Tak mówią ci, co zjedli je po wysmażeniu i doprawieniu kurdemolem. 

Izabelka zaprasza na 



Do wygrania dwa zestawy utensyliów (ja się ustawiam po nalewki). Idźcie tłumnie, zapisujcie się i pamiętajcie kto Wam o tym powiedział! No. Powodzenia, druzja. I niech szczęscie sprzyja potrzebującym! Asasasa!



środa, 1 listopada 2017

(247) Kierunek - południe!


Druzja!
Jako, że w moim życiu dzieje się tak dużo, że nienadanżam, jak mawia klasyk, a większość zdarzeń nie nadaje się na bloga, gdyż jest tak śmieszna, że można by skonać natychmiast w męczarniach, a ja nie chcę nikogo narażać na uszczerbek, tako coś rzeknę, ale dopiero na końcu, byście nie pobiegli nie doczytując do końca tego króciutkiego, aczkolwiek najeżonego najeżkami posta. W ogóle jak człowiek się rozwodzi, to dowiaduje się rzeczy niesamowitych, przeżywa coś na wzór spływu kajakowego Amazonką i to wśród rozlicznych stad uzębionych, zielonych czających się w wodzie aligatorów, jadowitych pająków w gęstwinach, ślicznych, gumiastych drzewołazów, które można wziąć za żelki Haribo, ale tylko raz.  To samo z satynowym boa owijającym się rozkosznie wokół szyi. 
Na plecach ma się bazukę, która mu trochę ciąży jednak, ale nie na tyle, by ją wyrzucić do wody, w zębach zgrzyta muł i piasek rzeczny, wiatr i cebula wyciskają łzy z oczu. Idzie się, idzie, nie wiadomo kiedy koniec tej wędrówki, ale wiadomo, że za lasem czekają ciepłe gatki i pularda pod beszamelem.
No i wędrówka ta będzie trwała i trwała jeszcze jakiś czas, więc aby Czytelnika, który jest na wagę złota i towarem deficytowym nie zamordować (nakręcono film o owcach, który trwa chyba siedem godzin, co na początku jest bardzo śmieszne i zajmujące, ale później, tak po godzinie, film traci gwałtownie na atrakcyjności), tako na razie może przekieruję tłum PT Skorpiofanów, na ----> Kręgosłup Oralny, gdzie będę napomykać o intymnych kontaktach ze Służbą Zdrowia, co? Wczoraj nadałam odcinek 3 i ostatni o ZUSie, za chwilę barwne i umajone wspomnienia z sanatorium.

   A teraz zapodam kawałek wstrząsającego dzieła - opery-baletu barokowego mistrza Rameau, w której jeszcze nikt nie ma ciepłych gatek, ani beszamelu, ale chyba pulardę widziałam. I jabłko. Tam jest wycinek Skorpioniego Raju, no, taka komórka. I Skorpion tam występuje, bardzo by chciał tak wystąpić w epizodzie życia z 3.14-3.40, bo jest to esencja prawdziwej Skorpioniej, wewnętrznej natury. Skorpion może i wygląda trochę na hippiskę, ale jest bardzo mono i analog.


--> FILMIK


poniedziałek, 9 października 2017

(246) Bazanek i chochliki

     Nie, nie można być na świecie niczego pewną! Mówią, że pewne są tylko podatki i śmierć. To też nieprawda, choćby z powodu rozlicznych meandrów prawa finansowego, nie mówiąc już o postępach, jakie czyni medycyna i krioterapia.

     Swojego czasu wspominałam ----> tutaj, co się wyrabia w podziemiach empików. Wiecie teraz, że dzieją się tam rzeczy gorszące i zrywające bielmo z oczu od pierwszego wejrzenia. Już sama aparycja mieszkańców kazamatów jest wielce odrażająca, a jeśli dodać do tego ich grubiańskie i wulgarne zachowanie, to daje poniekąd pełen obraz ich zerowych kompetencji i ponadprzeciętny poziom kunsztu we wszelkich możliwych psotach, psujstwach i psikusach wszelkiej maści. Tak, to one - chochliki drukarsko-księgarskie. Stwory zasiedlające wszystkie struktury rynku wydawniczego, począwszy od zacisza pokoju pisarza, a kończąc na księgarniach.
   
     Wszystko zaczyna się już u autora. To tu chochliki składają jajka. Rozmnażają się przez dzieworództwo jajeczne, a jako, ze w warunkach naturalnych występują one w płci nijakiej, zbliżonej fenotypowo do ludzkiej męskiej, więc proces ten zwany jest prawicorództwem (od słowa prawiczek). Istnieją co prawda przekazy, że widziano osobniki żeńskie tego gatunku, ale to pogłoski, mające siać ferment w świecie chochlików i podburzać ich do migracji konnych w celach towarzyskich oraz do nadużywania urlopów macierzyńskich. Ab ovo. Wracajmy do jaj. Jaja inkubują się w cieplarnianych warunkach pisarzy. Zazwyczaj jest to pokój odosobniony, po którym przechadzają się wolnym, chybotliwym krokiem nieśmiałe kosarze, bo zakaz wstępu ma tu wszystko, co porywa notatki w przestrzeń, z odkurzaczem i świeżym powietrzem w postaci przeciągów włącznie. Procesy myślowe pisarza rozgrzewają powietrze do 21C, wilgotność z racji wydzielania siódmych potów i toczenia łez niemocy twórczej, sięga punktu rosy. W takich warunkach klują się pierwsze chochliki.

    Jaja, wiadomo, są zielone. Ale tylko w środku, bo z zewnątrz pokryte są lustrem fenickim, żeby nie było ich widać. Czasem tylko słychać jakieś niezdefiniowane trzaski podczas wylęgu, albo snuje się po kątach zapach o niewytłumaczalnej etiologii. Proces inkubacji trwa około trzech miesięcy. Już od chwili wyklucia chochliki nie grzeszą urodą, a do tego są ślamazarne i leniwe, często więc spędzają jeszce jakiś czas w skorupach. Większość ich późniejszych wybryków nie wypływa z jasności umysłu i inteligencji, ale właśnie z wrodzonej gułowatości i lenistwa. Czasem także z powodu uwarunkowanych genetycznie cech, jak daltonizm i czysta złośliwość. W ich żyłach nie płynie krew tylko atrament z jadem. W połączeniu z powietrzem i celulozą tworzą niezwykle kleksogenny  i wypalający związek dihumorku menelu.

     Chochliki podlegają brawurowym procesom ontogenezy, prowadzącym wprost do zaskakującego poziomu ewolucji tego gatunku. W obecnych czasach potrafią już prawie wszystko. Począwszy od wywracania i znikania plików, zamiany kolejności rozdziałów, zawieszek dysków twardych na podchwytliwych pod żebro hakach lub wręcz inaktywacji i wyrywaniu całych płyt głównych i brukowaniu sobie nimi trotuarów w kazamatach księgarń (do księgarń przenoszą się drogą pośrednią przez wydawnictwa z chwilą osiągnięcia dojrzałości płciowej tylko po to, by zasiedlić tam nowe woluminy, z którymi trafiają do kolejnych domostw. Jeśli trafią na pisarza - proces zatacza koło).

    To właśnie przytrafiło się Bazankowi! Już, już miał wystawić głowę na świat w Krakowie, już była znana data narodzin, gdy tymczasem złośliwe chochliki namieszały tak w jego akcie urodzenia, że przeniosły poród na przyszły rok, postanawiając, że jednak urodzi się w Poznaniu. No i dobrze, bo tutaj w końcu mieszka. Co więcej - chochliki pomieszały też w fizjonomii książki, ale miejmy nadzieję, że okładka, ajko się rzekło, będzie niebieska.:)


Dla osłody domek, w którym mieszkają Bazankowie podebrany z ----> bloga Newy:



Jednakże nie macie co patrzeć w okna willi, bo w tym momencie Bazanków w niej nie ma. Zwykle mieszkają na pierwszym piętrze, tam, gdzie widzicie balkon, ale właśnie teraz włóczą się z mieszkanką poddasza po Muzeum Archeologicznym, więc podaję fragmencik rozdziału, cytuję tytuł:


w którym gubimy się w korytarzach Muzeum Archeologicznego, zwojach mumii i własnych domysłach oraz dowiadujemy się, że w pomieszczeniach służbowych jest najciekawiej.

(...)

– Chodź tędy – zakomenderował Emil i pociągnął brata za rękę. Sam nie wiedział dokąd go właściwie prowadzi, bo stracił zupełnie orientację w topografii muzealnych sal. Błąkali się, bezowocnie usiłując znaleźć wyjście już nie tyle z sytuacji, ale chociaż z plątaniny pomieszczeń ekspozycyjnych, korytarzy i schodów. Nie pamiętali już skąd przyszli, ale błądzenie po muzeum było bardzo zabawne. Rozradowani weszli do małego pokoju na końcu korytarza, jedynego, które miało drzwi. Skoro były tam drzwi, więc zamknęli je za sobą. Żaden z nich nie zauważył widniejącej na nich małej tabliczki z napisem “Zakaz wstępu. Pomieszczenie służbowe”. Naprzeciw wejścia rozpościerało się duże okno, na które wpadały właśnie gnane wiatrem pierwsze, ciężkie krople deszczu, rozbijając się o szybę z głuchym plaśnięciem. W środku nie było zbyt dużo sprzętów. Wzdłuż przeciwległych bocznych ścian stały wysokie regały w ciepłym kolorze wiśniowego drewna, wypełnione jednakowymi, szarymi kartonami, skrupulatnie opisanymi z frontu równym, kaligraficznym pismem. Środek pomieszczenia zajęty był przez duży, trochę dziwaczny stół, bo pozbawiony blatu. Zamiast niego była metalowa, ogromna taca z wywiniętymi na zewnątrz rantami, tworząc coś na kształt dużej, płytkiej miski. Na misce leżało coś, co przykryte było białym obrusem, tworząc pod nim szereg wybrzuszeń przypominający pasmo Beskidu Sądeckiego. Bazanek zobaczył, że za regałem, tuż przy oknie, były uchylone drzwi, prowadzące do małego kantorka. Ktoś tam był. Słychać było jakieś westchnienia, mamrotanie, a po chwili odezwał się męski niski głos:

Niechaj me zmysły płoną w zachwycie
nad pięknem twoich oczu!
Chociaż ich nie ma, uciekło życie,
nie ma też w tobie moczu.


Bracia odskoczyli w tył, by ukryć się za regałem, bowiem coś szurnęło jak szura odsuwane krzesło i usłyszeli zbliżające się kroki. Nad białym całunem spoczywającym na specyficznym stole pojawił się osobnik płci męskiej w kitlu i maseczce chirurgicznej na twarzy, zza której wystawał fragmentarycznie bujny zarost. Maseczka poruszała się w rytm jego oddechu, tworząc na przemian wybrzuszenie i wklęśnięcie w miejscu, gdzie powinny tkwić usta osobnika. W jednej ręce trzymał kojarzące się bardzo nieprzyjemnie narzędzie, przypominające skrzyżowanie obcęgów i nożyczek, a w drugiej wacik na długim patyczku, jakby miał zamiar czyścić ucho słoniowi. Podniósł płachtę skrywającą wyniosłości spoczywające na stołowej tacy, odsłaniając coś, co na pierwszy rzut oka przypominało wielka rolkę krzywo nawiniętego papieru toaletowego. Pochylił się nad nią i pociągnął energicznie za końcówkę rolki, wprawiając ją w ruch wirowy, inicjując pociągnięciem stopniowe wyłonienie się zawartości zawiniątka. W tym momencie Bazanka ogarnęło dziwne przeświadczenie, że skądś zna tego człowieka i że chyba domyśla się co skrywają zwoje. Zrobiło mu się podwójnie nieprzyjemnie, bo zobaczył, że jego przypuszczenia nie odbiegały od prawdy – na stole spoczywał fragment ludzkiego ciała. Dokładnie górny. Mężczyzna pochylał się nad nim i wrażał mu w oczodół wacik do pobierania wymazów, rozszerzając otwór swoim makabrycznym przyrządem, co doprowadziło Bazanka na granice szaleństwa i z powrotem. Za to Jonasz zaczął się szamotać i wyrywać, pokazując na migi, że koniecznie musi zajrzeć do czaszki mumii. Mężczyznę zafrapowały podejrzane szelesty dochodzące zza regału z archeologicznymi eksponatami. Przerwał swoje czynności dokonywane nad ludzkimi szczątkami sprzed czterdziestu wieków z hakiem, podniósł powoli wzrok i skierował go bezbłędnie na źródło dźwięków. Bazankowie struchleli z dwóch powodów. Pierwszym było to, że mężczyzna flegmatycznie sięgnął do kieszeni kitla i wyjął stamtąd ludzką, wysuszoną dłoń o skórze pomarszczonej i czarnej jak smoła oraz krogulczo zagiętych palcach, którymi z rozmysłem, ku zgrozie Bazanków, podrapał się po głowie. Drugim było to, że Emil przypomniał sobie skąd zna tego człowieka. O, zgrozo! To był ........ (tu wykropkowuję hehehe, żebyście nie wiedzieli, Skorpioczytacze!)

– Wśliznęliście się tu jak węgorze… – wycedził powoli – nie zdrętwiały wam karki? – jego głos zabrzmiał złowrogo na tle błyskawicy, która przeszyła niebo, rozświetlając łuną tę mrożąca krew w żyłach scenę. Chwilę potem powietrze przeszył trzask pioruna. Bracia B. wybiegli przerażeni z pokoju.




poniedziałek, 18 września 2017

(245) Zaraz wiosna!

     Juhu! A wiecie, że jeszcze trzy miesiące i dzień zacznie się wydłużać? I to ekspresowo! My już szybko odfajkowaliśmy pierwsze jesienne przeziębienia, a może i zaraz zrobimy Wigilię łączoną z Sylwestrem, żeby już mieć to za sobą i uniknąć tłumów w aptekach i sklepach, no i wyłącznie dla nas pozostanie czyste cieszenie się czekaniem na wiosnę. Calusieńkie dla nas, nietknięte brudnym zębem czasu i nierozprute wskazówkami zegara. Że też na to nie wpadłam wcześniej! Wszyscy będą biegać, uwijać się jak w ukropie z zakupami, prezentami dwunastoma daniami, a my spuścimy ze smyczy nasze życie, które położy się pod drzewem i wywalając mokry różowy jęzor będzie czekać na fiołki, upał i cień rzucany przez zielone listowie. Będziemy je klepać po brzuchu, a czekanie umilimy sobie od niechcenia szkołą, ale nieprzesadnie, herbatą z cytryną, będą koledzy, tenis i łucznictwo, a ja jednym okiem będę spozierać na to miłe bractwo, a drugim łypać w swoje litery i pasać teraźniejszość, aż nabierze wagi i kolorów.
      A gdy dzień nareszcie zacznie się wydłużać jak paznokieć, niezauważenie, z zawrotną prędkością mikrona na godzinę, nasze życie ruszy się spod lipy, otrzepie się radośnie, podskoczy może nawet, ale my będziemy się już trzymać krzepko w siodle, jak rasowi kowboje, którzy mogą z podniesionym czołem zniknąć w malinowej salaterce zachodzącego słońca.

     Po tym nader optymistycznym wtręcie, mam dla Was wieść cuchnącą odorem tragedii. Otóż nie mogę umyć okien. I nawet już nie z powodu wrodzonego lenistwa. Na parapecie łazienkowego okna siedzi bowiem bydlę. Wielkie, spasione i włochate. Stoi, macha halabardą i mówi - dalsze nielzja! Skandal. Wlepia we mnie te czarne niewinne oczęta i halabardą dłubie sobie w zębie, w którym utknęła czaszka ofiary. Nawet nienadgryziona. Spluwa kością udową jakiegoś nieszczęśnika, który kiedyś coś tam chciał zmajstrować przy oknie, ale już nawet najstarsi mieszkańcy domu nie pamiętają co to było... (halo, mamo! ....mamo!..... MAMO??)
- Czego? - pada z góry.
- Dzień dobry - poprawiam chusteczkę pod brodą i wycieram ręce w granatowy kitel z drelichu. Wbijam wzrok w swoje stopy ozute w obuwie marki ortopedki, w których macham swobodnie odkrytymi paluchami pod wielką kokardką - ja tu tylko sprzątam, czy można?
- Nie teraz! Nie widzi, że hamakuję?
- No... widzę, ale to chyba nie takie pilne? Może pan przesunąć nogę? Chociaż machnę tu szmatą, co? - zerkam na jego długie kończyny całkowicie pokryte bujnym owłosieniem. Brunet niefarbowany, myślę. Faceci się nie depilują, no ale, żeby włosy na stopach również? Hm. Może wtedy się cicho stąpa, albo nie trzeba już używać skarpetek - myślę sobie - albo nawet na butach przyoszczędzić. I już wiem, że sama zapuszczę włosy na stopach.
- Jak nie pilne? Bardzo pilne! Niech przyjdzie później!
- Yyy, jest 23.07, to kiedy?
- A nie wiem, później niech spróbuje. Koło niedzieli pewnie.
- W niedziele to ja mam wolne - próbuję wypertraktować jeden dzień wolnego.
- A kto latał w zeszłą niedzielę na miotle i omiatał pajęczyny, hę?
- No tak. Człowiek wyrywny, zamiast siedzieć i nakładać maseczkę na twarz, ma jakieś dziwne fantazje na temat porządku.
- No właśnie, to niezbyt normalne.
- Nie? Jak zaniecham, będzie tu śmietnik, muchy będą latać... - krzywię usta, jeden kącik spada mi na brodę.
- Przepraszam, a gdzie ja jestem?! - włochaty wstaje z hamaka i rozgląda się rozpaczliwie na boki- miałem wszelkie podstawy by tak mniemać!
- Yyy, muszę niestety zniweczyć pańskie nadzieje. Chociaż niedużo mi już brakuje, serio. Jeszcze ciut i czuję, że już osiągnę ten stan.
- Brawo, kobieto. Oby tak dalej. Chociaż, jak cię oglądałem w niedzielę, na czworakach, z wypiętymi we mnie pośladkami, to zwątpiłem już w ludzkość.
- Dziękuję. Dlatego pana nie zabiłam.

No i widzicie, nie mogę umyć tego okna, bo on tam ciągle siedzi i siedzi. I czeka na muchy. Na razie chyba żyje miłością i rosą z pajęczyny.

A my czekamy na wiosnę!




czwartek, 14 września 2017

(244) Huragan Irma

     Siedzę w cieple, silnik autobusu linii 74 mruczy cichutko i wibruje pod siedzeniem potrząsając lekko moimi udami. Wszystkie siedzenia puste, jestem sama. Patrzę przez okno i widzę, jak Irma biegnie chodnikiem, wiruje obłędnie połami beżowego swetra i z łopotem akrylowych skrzydeł dopada do drzwi, zagarniając do środka mikrotornada pierwszych suchych skórek liści. Osiada miękko dwa miejsca przede mną, wyciągając przed siebie zgrabne, bose nogi oprawione w ludzką, nieco garbowaną skórę. Opiera czoło o szybę i widzę jak wychodzi z niego rządek maleńkich przezroczystych Celsjuszy, którzy wbiegając w zimną taflę, przeliczają słupki rtęci w swych kajecikach i tworzą rozlewającą się plamę ciepła. Irma zdmuchuje pył z rękawa, patrząc gdzieś ponad moją głową szmatkami mokrego nieba. Nagły podmuch wzbija mi w powietrze włosy jak stado wróbli, ale przywiązane za nóżki do cebulek, szybko opadają z powrotem na oczy słodkim ćwierkoblondem.
 
     Na każdym skrzyżowaniu Irma zamyka oczy i porusza palcami pukając magnolią w okno. Srebro spada do jej krtani otulając struny cienką warstwą oksydowanej chrypki. Odchrząkuje, a za oknem błysk kroi niebo w grube plastry, które spadają z łoskotem jak kości domina. Pierwsze krople spuszczone ze smyczy wybiegają z nieba Irmy wprost na jej skrzydła. Pióra furkoczą w ulewie jak husarskie, podnoszę szybko to, które wypadło na brudną podłogę i chowam pospiesznie do torebki. Miasto tasuje się na zewnątrz, dachy uchylają kapelusza, a świerki chyboczą kryzami w takt melodii sączącej się z brzucha Irmy. Parapam pam pam rapapam...  Wijemy się serpentynami zakrętasów jego wnętrza godzinę albo rok, a Irma skrapla się na szybie, ciągle nieświadoma mojej obecności. Miasto z piskiem hamulców rodzi nas na pętli Mobiusa. Koniec drogi. Irma wypada na zewnątrz, podrywając z ziemi starą gazetę i okiem cyklonu rzuca na kierowcę. Podmuch porywa jego czapkę, więc biegnie za nią jak gnany wiatrem, zupełnie nie wiadomo po co, bo po co mu stara czapka, pal ją licho.

     Irma idzie po chodniku i stawia stopy równo, w jednej linii, jakby balansowała na skraju wszystkiego co niesie na plecach. Zostawia mokre ślady i znika w maleńkiej uliczce ukrytej w ramionach flory, rozglądając się na boki, czy aby nikt jej nie śledzi. Znika w zamszowym rękawie. Przemykam niepostrzeżenie i chowam się za jej cień. Z jednej strony szpaleru młode jarzębiny drżą wabiąc dojrzałością koralowych ust i chowając je za pierzastymi wachlarzami, a z drugiej równy szereg klonów w wysokich kepi zmienia zieleń dolarów w złocisze i płaci jarzębinie rzucając jej do stóp drobniaki. Panny pochylają się, szurając sukniami o chodnik, a Irma rozpościera ręce na cała szerokość szpaleru i idzie, muskając ściany zieleni, które z szelestem uginają się pod jej smukłymi dłońmi. Zatrzymuje się i rozgląda na boki, po czym nabiera powietrza i niespodziewanie spluwa na śnieguliczki. Białe kulki kiwają się na boki, uchyliwszy się przed porcją śliny. Irma ociera łzy skrzydłem, układa język w rurkę i spluwa ponownie. Trójka. Napiera powietrza i wypluwa pocisk ponownie z odgłosem, jaki wydobywa z siebie karabinek pneumatyczny. Szóstka. Wdech, rurka, splunięcie, osiem. Z uśmiechem spluwa dalej - dziewięć. Dziesięć! Dziesięć! Dziesięć! Mistrzostwo świata, medal i śmiech spada gradem śnieguliczek. A Irma idzie dalej, potem biegnie i śmiejąc się, ociera błękit szmatką nieba i rzuca się na wiatr słowami prosto z mostu.

     Podchodzę do niej, wyjmuję z torebki pióro i wbijam w serce Irmy. Potem zdejmuję niebieską szmatkę z jej oczu i oglądam pod światło. Nie widzę tam ani furii, ani złości huraganu. Szmatka jest mokra od rozpaczy. Wykręcam jej ręce, wkładam do kieszeni i idę ściąć włosy. 


piątek, 8 września 2017

(243) Doba

      Ranek nie jest jeszcze upleciony z oddechów ludzi. Rano jest dziewicze, niesplątane przecinającymi się trajektoriami kroków, wolne od zderzeń cząstek masy, części ciał i plątaniny myśli. Powietrze jest jeszcze klarowne, bo wolne od piekących oczy dymków wypowiedzi.

Ranek sunie gładko łódeczkami godzin i wpływa w popołudnie, które, gęstsze od ranka, staje się brzemienne pęczniejącym pod sercem wieczorem.

     Kiedy wieczór dojrzeje, nabrzmiewa, a wtedy pęka przezroczysta błonka oddzielająca go od dnia. Wieczór rodzi się w ciszy, samotnie, gdzieś wysoko, oblewa świat skondensowaną czernią kosmosu i zaskakuje wrodzoną zdolnością przekształcania rzeczywistości. Stopniowo opadając na wszystko, rozmywa kształty, powoli i skutecznie rozpuszcza kreskę konturów, przez którą wylewa się podstawowa zawartość rzeczy i zdarzeń. Ich skrywane głęboko prawdziwe znaczenia uwalniają się i mieszają ze sobą, a łącząc się w sposób przypadkowy, nabierają nowych nieokreślonych jeszcze cech, które trzeba na nowo nazwać. W ciemności, po cichu, ich uwolnione wnętrza spotykają się, dotykając się najpierw nieśmiało, później coraz odważniej, przenikają się w różnych pozach i konfiguracjach, tworząc hybrydy życia. Ewolucja. Wieczór wlewa się w noc.

     Jestem Królową Nocy. Mam nad nią władzę. wydobywam z jej Enigmy sens złożonych struktur, ekstrahuję esencję z jestestw. Godzinami trawię gęstość ciała doskonale czarnego. Rozcieńczam, rozplątuję, wysnuwam z niego czarną nitkę i plotąc z niej pojedyncze litery tkam z nich wersy zdań, by wszystko stało się czytelne, gdy noc umrze o poranku. W moim okrągłym brzuchu nad kielichem ud następuje inwolucja minionych zdarzeń. Rodzę każdy ranek w bólu, krzyżuję na kolejnych kartkach ramiona gwiazd zarannych.

     A rankiem znowu wszystko leży równo poskładane w kostkę brukową, myśli uczesane w koński ogon posłusznie ciągną dorożki. Lusterkom kałuż odbija się niebo po upojnej nocy. Oddycha się na przestrzał, poruszając firankami, a kryształ powietrza dźwięczy czysto sercem dzwonu. Życie staje się pozornie prostsze, a przynajmniej rzadsze i nie zalepia porów skóry. Ranek odradza się lekkością bytu. 

     ...ranek nie jest jeszcze upleciony z oddechów ludzi. Rano znowu jest dziewicze...

     Dowodem na to, że to nie był sen, jesteś Ty, który właśnie nawijasz na własne uzwojenie ten upleciony ciąg liter moczących swe ogonki w kałamarzu czarnej dziury.





***

     No. To wiecie, Skorpiofani, co robię w nocy. Rok szkolny zaczął się kompletnie znienacka, zegarki zwariowały, dzwonią jak opętane w środku nocy, a ja martwą unoszę powiekę i z drżącą reanimuję kwiat młodzieży. Potem robię sobie dożylnie zastrzyk z kofeiny i bułeczki cynamonowej i w końcu budzę się. Nie wiem bowiem, czy wiecie, że ktoś u nas zamieszkał? Zauważyłam ją jakiś czas temu. Widzę tę postać, jak błyska siwizną za oknem, kiedy jest jeszcze ciemno i okna patrzą ciągle odbiciami do wewnątrz. Kłaniamy się sobie nieznacznie, uchylając lekko wydumane panamy zwieszające się jak nawis inflacyjny nad skrzydełkiem brwi. Chodzimy razem do łazienki, widzę ją jak się kąpie w mojej obecności, nie mając za grosz wstydu. Zauważyłam, że ze skroni spływają jej pierwsze siwe pasma dróżek mlecznych, a wokół oczu ma drobne zmarszczki. Skądś przecież znam ten odcień błękitu. Przecieram zaparowane lustro, a ona stoi przede mną naga. Mówię dzień dobry, również bezwstydnie przechylam na bok głowę, ona wykonuje taki sam grymas ust i spod przymkniętych powiek wypuszcza stado koników morskich. Przeciera ręką lustro by płynnym ruchem dłoni z powrotem nałożyć warstwę pary na zimna taflę. Dobrana z nas para. Trio właściwie. Cień, odbicie i ja. 

     A Wy jak tam żyjecie w tym deszczu i zgniliźnie jesiennej, która tak słodko chwyta zimnymi palcami za kostki i wyrywa nogi spod kołder już gdzieś w rejonie krzyża? 

    

środa, 23 sierpnia 2017

(242) Survival

     Kolej rzeczy jest taka, że prędzej czy później będziemy musieli opuścić Skorpionland i udać się z tobołkiem w nieznane, jak bracia z rosyjskiej baśni, albowiem ostrze miecza Damoklesa, po przecięciu naszych dróg, spadnie i ze świstem przetnie dom na połowy. W zasadzie robi się z tego bajka o księżniczce i połowie królestwa. Rykoszet przewidziany i spodziewany od dawna. Chociaż pewnie, zanim to nastąpi, sporo wody upłynie w rurociągu, albowiem najpierw trzeba napaść na bogatego kupca, potem otumanić go i zrolowanego w perski dywan skutecznie hołubić, by zapałał żądzą do Skorpionlandu na tyle, by go posiąść. Bez uczucia się nie da.

   Właśnie z uwagi na powyższe zmuszona jestem wziąć pod uwagę zmianę biotopu i dlatego brawurowo bierzemy (z królewiczami) pod uwagę kilka wariantów siedliskowych. W ramach przyzwyczajania się do jednego typu z nich, wyjechaliśmy na skraj globusa, do zwieszającej się w niezgłębione odmęty wszechświata leśniczówki i zaanektowaliśmy ją z intensywnością kolonii pleśni. Moje miejskie dzieci, odłączone od aparatury podtrzymującej życie wirtualne, o dziwo przeżyły, co więcej - wykazały progres w zakresie aktywności, hodowane na prawdziwych pomidorach i wiejskim chlebie.
(muszę tu przerwać opowieść i zjeść śledzia, wybaczcie, walczę z tym od dziesięciu minut, ale przegrywam)

....

....

o matko...

.....

omniomniom...


Wybaszsie, że wasz ne poszesztuje, ae przesz czekłe kyształy sze ne da.


boszeeee

.....

(słoik smażonych śledzi w zalewie octowej i pół kubełka siekanki śledziowej w koperku z doprawdy śmiesznym napisem "opakowanie rodzinne" później):

      Droga do lasu. Mat, leży w trawie i fotografuje (natchniony). A leży, bo trawa w obiektywie wydaje się tak wysoka, że w niej toniemy.
- Wiesz, mamo, mógłbym mieszkać w ciemnej głuszy, nie straszne mi wilki, burze, chwilowy brak zasięgu, a nawet permanentny brak MPK. Tu jest bosko - mogę chodzić do szklarni polować na pomidory i przynosić ci naręcza świeżej bazylii z ogródka ziołowego. Pod warunkiem, że wskażesz mi palcem, które to bazylia. (Żebym to ja wiedziała synu, zawsze poluję na to w sklepie i widzę już odcięte od przyrody i starte na proch).



     Droga z lasu. Progenitura w podskokach szybko opuszcza knieje i wypada na skąpaną w sierpniowym świetle ścieżkę:
- O, nie, tu są kleszcze! Dlaczego kleszcze są tak małe, że ledwo je można zobaczyć? Powinny być wielkości szopa pracza - głos Mata już zniknął w leśniczówce, podczas gdy ja wychodziłam dopiero z lasu.

      Tak więc nie wiem co teraz z naszym nowym podmiejskim domem. Chyba popracujemy nad związkiem z przyrodą - jego trwałością, elastycznością i no... może najpierw w ogóle nad tym, by go jakoś na początek chociaż zadzierzgnąć na tyle, żeby nie zejść na zawał przy spotkaniu z sarenką.




     Powiem Wam na ucho, że w tej właśnie leśniczówce będzie się toczyła akcja Bazanka II. Najpierw jednak przeczytajcie jedynkę! Jeszcze tylko miesiąc do premiery :)

     A teraz pozwólcie, że się oddalę. Idę zjeść ogórki konserwowe od Izabelki. O ile w ogóle otworzę słoik. Jezu, jak odkręcam słoik od Izabelki, to mi serce pęka z wysiłku i fantazjuję o nożycach do cięcia karoserii.

środa, 2 sierpnia 2017

(241) Trzeba Ż czyli Skorpion odkrywa karty

Priwiet riebjata, że tak zagaję z francuska!

     Szalenie podoba mi się reklama pewnego płynu bogów, która nakłania do tego, by Ż, bo jest już później niż myślimy, a żona bez Ż to tylko ona. Ach, ekwilibrystyka słowna, tak prosta, a jakże fascynująca! I ja, wyobraźcie sobie, powinnam opływać w dostatek i złocistą ciecz (nono!) począwszy od dzisiaj, aż po kres dni moich, albowiem wyłapałam i bezbłędnie wypełniłam ten przekaz niemal podprogowy w stu procentach, stając się tym samym znakomitym targetem dla owej kompanii, zwłaszcza podczas piekielnych upałów. Kompanię tę, gdyby nie mur i roślinność wysokopienna, nieomal widzę z okna, więc winszowałabym sobie, by w nieodległej przyszłości kompania rozpieszczała mnie dostawą ciągłą czasowo. I to nie kroplówką, ale - powiem posługując się językiem z wyżyn marketingu, że coś jak door to door. Ż nie umierać, co?

     I ja właśnie już jakiś czas temu postanowiłam Ż. Pełną piersią, a nawet dwoma, którymi w końcu mogę nabrać powietrza tak głęboko, że falują mi troczki w szortach i falbany pod nimi.

     Oto biorę moje Ż we własne ręce. Obracam w dłoni i patrzę że, kurczę, tu się wyklepie, tu podmaluje, tu polakieruje i będzie jeszcze prawie jak nówka! Jako Żona zabieram więc całe swoje Ż i zostawiam tylko oną. I pewnie w tym momencie skórę potylicy drąży Wam myśl jak świerzbowiec i nie wiecie, czy się podrapać, czy od razu walić młotkiem. Podrapcie się ze spokojem, przygładźcie przedziałki, bo i tak wieść ta Was ogłuszy. Czy to oznacza to, co myślicie? Tak. Wystąpiłam o rozwód. Nie da się dłużej grać wyłącznie niebieskimi kartami. Ktoś musi powiedzieć: atu!

A to jeszcze nie koniec rewelacji!

     Najpierw jednak pozwólcie, że skondensuję tę moją drogę po kocich łbach do wielkości stwierdzenia, że warto było po nich jechać, choćby po to, żeby po 20 latach wrócić do siebie, tej prawdziwej. Błysnę zatem diamentową myślą, która krystalizowała się w warunkach podwyższonej temperatury i ponadnormatywnie wysokiego ciśnienia przez tyle lat, a zmieniła się w brylant kiedy to odpoczywałam sobie na ganku i patrząc w niebo słuchałam bicia własnego serca. Zadałam sobie tylko jedno pytanie: Skorpionie, czy chcesz się zestarzeć z tym człowiekiem? W tym momencie świat z wielkim zgrzytem giętych w swym jądrze blach z niklu i żelaza stanął w miejscu, bo odpowiedź była jednoznaczna: NIE. Świat z ulgą odetchnął wiatrem i poturlał się dalej.

     A mówię o tym wszystkim nie bez celu. Otóż okazuje się, że jestem tą osobą, dzięki której będziecie mogli zrealizować swą fantazję, by móc demotywator wcielić w czyn, zwłaszcza, że bardzo pomaga w tym wujek Alzheimer. Wejdziecie do księgarni i bez pardonu zapytacie o niebieską książkę. Człowiek nigdy nie wie kiedy, co i kogo spotka, prawda?



A skoro spotyka się Newę, która po mistrzowsku włada niebową kredką, zakochuje się bez pamięci, to nie mogło być inaczej!


Tadaaam!


Przedstawiam Wam nasze dziecko, które już we wrześniu ukaże się w księgarniach całego kraju nakładem wydawnictwa Akapit Press, czyli wydawnictwa, w którym rodzi się dla świata Jeżycjada Małgorzaty Musierowicz. Należy kliknąć Bazanka w pępek, by przenieść się w nieodległą co prawda, ale jednak - przyszłość.


Kłaniamy się nisko! 

ilustracje:
Ewa Newska czyli -------> Newa!


tekst:
Monika Krauze, choć jeszcze Dyrlica (stąd na początku notki dygresje), czyli ja - Skorpion pandeMonia (co bardziej spostrzegawczy zauważyli pewnie zmianę szyldu w prawym górnym rogu. Wraz ze zmianą nazwiska zmieniło się logo firmy i sukcesywnie zmieniać się będą dekoracje na stronie -----> USŁUG LITERACKICH, także na fb. Jeśli komuś się zachce opowiadania dla połowicy, bajki dla wnuka sąsiadki, biografii albo innych wiązanek słownych, zapraszam :) ).



     Tym, którzy będą tęsknić do Dyrlicy, przypominam, że ciągle w księgarniach jest dostępna książka, którą popełniłyśmy z Kaczką, wygrywając w cuglach konkurs na dokończenie powieści Leopolda Tyrmanda. Tym, którzy boją się powieści historycznych powiem, że ani Kaczka, ani tym bardziej ja nie znamy się na historii. Tak więc wszystkie fakty zostały wyssane z wydatnej piersi weny.



    To może teraz wyartykułuję podziękowania, a kiedy książka się ukaże, po prostu je skopiuję, co? :)

Bardzo dziękuję tym, którzy pomagali mi zawodowo i prywatnie, wiele Wam zawdzięczam: przetwory w słojach, miody, imbir, sery, książki, rysunki, maile, prawdziwe listy, porady wszelkiej maści, liczenie cyfr w słupku, mądre rozmowy, także znad Tamizy, odwiedziny w realu i wirtualne, naprawy psujących się urządzeń, naprawę kolan, zakupy, sprawdzanie literówek, wiarę we mnie, ocieranie nosa, gdy było ciężko i kopanie w tyłek, kiedy było jeszcze ciężej. Nie dałabym rady bez Was ♥

Bazanek ma dwie matki chrzestne, które namawiały mnie na książkę od wielu lat. --->Katachreza uzmysłowiła mi, że młodzieżówki to jest to, w czym czuję się najlepiej, a bohaterów i tematy mam w domu postaci Mata i Mima, --->Bebe od zawsze równolegle mówiła to samo.

Ojcem Bazanka jest Kaczka. Akuszerkami Ela Wasiuczyńska, Jarecka i Alcydło Kr.

Podziękowania dla Kaszmirowej, Kaliny, Diabła w buraczkach, Izabelki, mRufy, Kanionka, Momarty, Dorotki, mojej Madzi PS, Magdy G., Ani, Kingi, Marcina, Mariusza.

A największe podziękowania wkładam do maczanego w słonecznej herbacie dzioba kosa i wysyłam w podniebną drogę na południe. ♥ DZIĘKUJĘ ♥



Wieprzu - dziękuję. Odrzucamy człony rakiety!

3... 2....1....0.... 

START!!!!!!!!!!





Tym, którzy nie lubią młodzieżówek (chociaż chyba tu nie ma takich?), powiem na ucho, że jesienią* ukaże się też mój zbiór opowiadań dla dorosłych :) Chyba jeszcze nikt nie zrobił czegoś podobnego, bo partner jest zacny i szacowny!

*a może wiosną

środa, 26 kwietnia 2017

(240) Siała baba mak

     Powoli kończy mi się zapas liter, które noszę w środku. 

     Jestem jak dwustronna łodyżka maku. Na jednym końcu pusta makówka, w której grzechoczą ostatnie ziarna, owoce sezonu który mija. Pisałam maczkiem, pilnie. Orałam białe pola stron, siałam historie. Wypisałam cały atrament z klawiatury, aż mnie pióra bolą. Jestem obolała i chcę zasnąć makowym snem.

     Z drugiej strony łodyżki jestem zielonym i prężnym pąkiem, z pulsującym sokiem pod omszoną skórką i jeszcze złożoną czerwoną, pomarszczoną spódniczką, która tylko czeka na to, by wysunąć się z futerału i rozkwitnąć szkarłatem. Czekam na plony. Jestem pełna nadziei i nie chcę zasypiać. Szkoda czasu, trzeba w końcu urodzić samą siebie. To ja jestem początkiem do każdego celu.


     Ostatnio jestem bardzo do środka, podszewką do góry. Strasznie przyklejają mi się do niej paprochy świata, z których w środku toczę perły jak beczki. Toczę beczki śmiechu, czasem toczę łzę i wojny.

Zobaczymy, jak to się potoczy. Bądźcie ze mną ♥





poniedziałek, 3 kwietnia 2017

(239) Cyrk na kółkach

     Borzeborze, czy jak wyjdę z domu, to od razu świat musi tak na mnie łapczywie napadać? Ja wiem, że świat jest mnie wielce złakniony, gdyż ostatnio mało się udzielałam światowo i multidyscyplinarnie, jedynie mury, które mnie ściskają w objęciach odczuwają przesyt, tworząc ze mną roztwór bardzo nasycony, co objawia się u mnie przesytem i cofaniem treści. Dążąc zatem do upragnionej homeostazy, wypuściłam się na miasto w towarzystwie dwóch przystojniaków. 

     Pragnąc przewietrzyć głowę i zabrać w płuca trochę innej kultury niż organiczne multikulti własnych bakterii, Mat i Mim pojechali ze mną do Empiku na spotkanie z Andrzejem Maleszką. Nie, żebym była psychofanką owoców jego metafizycznych mózgowych lędźwi, ale ostatnio stałam się napaloną wojerystką artystów, zwłaszcza związanych z rynkiem księgarskim. 
     
   I tu bije źródło malowniczego opisu naszego spływu bystrym nurtem wydarzeń o wysokim stopniu kuriozalności. 
     
     Niedziela to, zważcie. Przedstawienie czas zacząć! Aktorzy biorący w nim udział nie są już młokosami, oj nie. Mają doświadczenie! Więc próżny trud narzekania tu na młodzież.

     Stoimy z Matem i Mimem na naszym macierzystym przystanku tramwajowym, z racji podziemnego ułożenia zwanego na wyrost metrem. Przez dwie minuty nic się nie dzieje. Martwota. Słońce leniwie wpada przez przeszklony dach, grzejąc moje gołe palce u stóp, które po pół roku stania w obuwniczej zagrodzie, pierwszy raz w tym roku zostały wypuszczone na okólnik, by pobrykać w klapkach. Ludzie siedzą na ławkach, wpatrują się w smartfony, gołąb robi kupę, pijak lat 55 plus schodzi do lądowania lotem koszącym po schodach, ściągany na prawo przez niewidzialną gumkę. Kątem oka rejestruję, że jedna część koszuli wpełza do spodni, a druga wypełza na wierzch, pewnie z racji słabowitości owej gumki. I nagle łopot przybliża się do mnie, pokonując te dwadzieścia metrów w minutę trzydzieści osiem koma dwa, zaliczając jeszcze po drodze siad na ławce, a znad kołnierzyka koszuli, dokładnie z czerwonej bulwy, kipi wyraźnie skierowana do mnie oracja o bardzo krótkim czasokresie, ale niebywale intensywnym natężeniu, w pół sekundy generując u mnie wysokie napięcie.

- Zaraz ci przyje**ę! Przyje**ę ci! - obietnica wystrzeliła z ust jego karminowych wprost we mnie, a takich obietnic, (tak, tak!), ja się po prostu boję. Tym bardziej, że nogi jego zaczęły nieść korpus z rękami kręcącymi się jak wiatraki wprost ku nam, by bez zwłoki wypełnić przesłanie wypowiedzianych proroczych słów.

    Nie wdając się w żadne dyskusje, wszelkie wysiłki skierowałam na to, by stać się z chłopcami niewidoczną. Ku mojemu zdziwieniu nie rozpłynęliśmy się w powietrzu, w przeciwieństwie do beknięcia pana. Jako, że próba numer jeden okazała się nieskuteczna, wdrożyłam plan awaryjny, czyli pospieszne udanie się do ostatniego wejścia do wagonu mojego pseudo metra, które miłościwie podjechało. Kątem oka zobaczyłam jeszcze, że wiatrak został poniesiony na fali własnych emocji i siły tłumu do przedniego wejścia. Usiedliśmy zatem z ulgą na miejscach skierowanych bokiem do kierunku jazdy. Gdzieś z przodu wagonu dochodziły jeszcze gasnące groźby człowieka-wiatraka, gdy wtem, przystanek dalej, do tramwaju wsiadła para mieszana i wstrząśnięta w sumarycznym wieku circa stu dwudziestu lat, z butelkami po ice tea wypełnionymi procentami i zaczynają się zachowywać jak trunek, czyli wyskokowo. Torują sobie drogę w ciżbie alkoholowym odorem i kulami, by finalnie ułożyć swe ciała na siedzeniach niedaleko nas. Pani zajęła siedzenie po nawietrznej, pan po zawietrznej. Pan zaczyna wygrażać pani w sposób niedwuznaczny, a wypowiedź jego jest soczysta od ornamentów, wśród których prym wiedzie słowo, które zastąpi wszystkie pozostałe, w zależności od jego intonacji. Facet był zaczepny koguci i jurny w pysku, myślałam tylko o tym, by nie doszło do reakcji wybuchowej między przodem a końcem wagonu. 




Moje modły zostały wysłuchane, bo środkowymi drzwiami wszedł kolejny cyrkuśnik. Wielki, siwy, nasączony alkoholem po bożemu, jak to w niedzielę. 

- Posuń się! Mówię, posuń się! - wydobyło się zaklęcie z siwej brody do pana z brzuszkiem, na oko dwunasty miesiąc, który trwał niewzruszenie jak skalny sezam.

- Przepraszam się mówi - rzekł z wyrzutem ciężarny.

- Nie! - gruchnął podpity brodacz. - Tobie nie powiem! Tobie powiem SUŃ SIĘ!  - brodacz wlepił z góry swe wyłupiaste oko w ciężarnego obleczonego w czerwone polo.

     I zaczął monologować w przestrzeń, natchniony jak Mickiewicz, poruszając pasjonujący temat zasięgu swych łokci, które będzie właśnie trzymał tak a nie inaczej, i nikt mu, ku*wa nie zabroni! Dowiedziałam się, a przy okazji kilkadziesiąt innych osób, co nieco o sile jego kolan, braku problemów z łydkami oraz silnych pęcinach, które zdołają go jeszcze jakiś czas utrzymać w pionie, jednakowoż nie moralnym, bo właśnie obrażał jakąś siedząca niewiastę za to, ze siedzi, a nie stoi.

     Siedem minut jazdy za nami, jesteśmy w połowie. W połowie jest najciekawiej, bo za oknem pojawił się wilkołak. Będę musiała teraz klęczeć na surowym grochu przez jakieś osiem lat, bo jedno oko mi ciągle zezowało na niego, dopóki nie ruszyliśmy. Cała prawa połowa jego twarzy, łącznie z powieką, pokryta była włosami, do tej pory widziałam to tylko w telewizji i w internecie. Tylko nadprzyrodzonej, boskiej interwencji należy przypisać to, że wilkołak nie wsiadł do naszego wesołego tramwaju, bo nie wiem jakby to się skończyło, gdyby zauważył go wiatrak z przodu, prawie bijąca się para o kulach z tyłu i Łokietek pośrodku. 
     
     Namiot cyrkowy ruszył dalej, zostało kilka minut naszej golgoty w oparach absurdu i alkoholu.
Potem już było z górki, bo na przedostatnim przystanku dosiadł się tylko młodzieniec lat 40 w kurtce z wymiocinami na plecach i dwiema torbami na kółkach, które wygrywały brzęcząc butelkami marsza. Był bardzo spokojny i nie wadził nikomu, co wszyscy przyjęliśmy z nieskrywaną ulgą. 

     Udało nam się dojechać na miejsce w jednym kawałku, na spotkaniu zdążyliśmy się dwa razy wzajemnie zgubić, więc de facto wyjazd zakończył się podwójną porcją lodów i pozyskaniem plakatów Emilii Dziubak, na którą szykowałam się wojerystycznie, ostrząc zmysły od dwóch tygodni, a która wystąpiła dzień wcześniej.

     Czy jak wychodzicie i jedziecie tramwajem raptem czternaście minut, to Was też tak życie mocno dotyka?