środa, 22 lutego 2017

(237) Maskara

     Zakrawa wręcz na cud miary tego w Kanie fakt, że piszę post raptem dwa dni po poprzednim. Nie przetrzymam Was tym razem ani w miesięcznym rozkroku, ani w napiętym oczekiwaniu, kiedy coś się tu pojawi. Ale muszę napisać teraz, bo sprawa nie cierpi zwłoki. A zwłoki nie cierpią spraw zaległych. Zwłoki nie cierpią, poprzestanę na tym.  
     
     Otóż dostałam ulotkę z firmy kosmetycznej Y, w której cyklicznie zaopatruję się w kosmetyki, w tym tak zwane kolorowe (cykl wynosi jakieś dwa i pół roku) i oko swe zawiesiłam na towarze powoli deficytowym w mym koszyczku, mianowicie na tuszu do rzęs zwanym maskarą. Nie używam terminu maskara, żeby słowo nie stało się ciałem, ponieważ mnie nazwa kojarzy się z dwoma kolejnymi: masakrą i maszkaronem. Widocznie to wyrazy bliskoznaczne. 

     Cóż wyczytałam w ulotce? Czuję podśluzówkowo, że płoniecie żądzą poznania tej tajemnicy. Otóż pierwszą część czytam gładko, mój wzrok mizia literki w takim ekwilibrystycznym układzie: Tusz zwiększający objętość rzęs 360 stopni z proteinami migdała. I tutaj następuje pierwsze zawieszenie zwojów, nawet wielokrotne. Objętość rzęs? Zwiększa? No dobra, o ile procent? Nie procent?! Stopni?! Jak się mierzy objętość rzęs? Wszystkich? Jednej? Chodzi o grubość pojedynczej rzęsy, tak? Wytłumaczcie mi, proszę Ale dlaczego w stopniach? A może te 360 stopni wycięto w tym jednym migdale? Stopnie z proteinami. Fakt, jestem blondynką, w dodatku, na moje nieszczęście naturalną, a więc wrodzoną i może dlatego do mnie to nie dotarło aż tak wyraźnie jak to, co przesylabizowałam potem: Efekt otwartego oka 360 stopni. Hmmm. Szok i niedowierzanie, jak mówi Mat. Maluje się tym oczy na powiekach, kiedy się śpi w pracy? Aż boję się wyobrazić, co się musi dziać z powiekami za gałką oczną. Bo one chyba uciekają do tyłu, skoro cała gałka, czyli kula 360 stopni jest na wierzchu? I to ma mnie upiększyć? I to za 25,90? Może się skuszę... Zauważyłam, że zaczynają mi opadać powieki.  

Oryginalny japoński patent.Nie trzeba konturówki.
Źródło zdjęcia ginie w mrokach dziejów i internetu.

      Po tym odkryciu na miarę Indii, które okazały się Ameryką, od razu przeczytałam całą ulotkę bardzo dokładnie, czego nigdy nie robię, w poszukiwaniu innych kuriozów. Ale nie, nie znalazłam niczego szczególnego. No, może zafrapowała mnie trochę Praktyczna kosmetyczka na weekendowy wyjazd i nie tylko. Po zapoznaniu się z wymiarami zauważyłam zgryźliwie, że mogłabym ją faktycznie, wziąć na wyjazd, ale w charakterze torby na ekwipunek, nie kosmetyczki i nie na weekend, ale na co najmniej tydzień. Boję się teraz pomyśleć co można targać na dwutygodniowy urlop w Kenii. Dlaczego akurat w Kenii? A nie wiem, to pierwszy kraj, który skojarzyłam z dwulitrową flaszką repelentu. 

Ale wiadomo przecież, że ja nie potrzebuję upiększeń! Proszę, dowód! Tak mnie zdybano na plaży!


Ela Wasiuczyńska

poniedziałek, 20 lutego 2017

(236) Blackmail

     Żyję, żyję! To tylko chwilowy, przymusowy postój na ostrzenie piły. 

     Od razu lecę do Was z nowinkami. Otóż ------>Michał w niedzielę jedzie na swój turnus rehabilitacyjny! Juhu! Udało się, udało! Bardzo Wam dziękuję, na Was można liczyć i się nie przeliczyć. Ja to ale mam Czytaczy, fiu fiu! Najlepszych na świecie! Michał Was ściska, każdego z osobna i wszystkich razem :*


     Zgodnie z zasadą, że optymizm jest kwestią perspektywy, a perspektywa jest kwestią wyboru, wybieram pół szklanki pełnej (tę z budweiserem). Zaskoczył mnie ostatnio Mim, który zaczął mnie szantażować coraz śmielej. Mami mnie wizją porządku w chłopięcym pokoju. To wspólny ekosystem Mata i Mima, zasiedlony na zasadzie komensalizmu przez pająki kosarze, kurzowe koty, mrowie roztoczy, skarpetek, chleba porośniętego mgiełką hodowli pędzlaka i kropidlaka (pokojowa hodowla antybiotyku), rybki bojownika z rakiem (rak nie wolnożyjący, tylko przy płetwie), dwóch patyczaków i mauzoleum mrówek. Jestem nawet w stanie ulec, ponieważ wizja wzorcowego porządku, u mnie wręcz sprawa nieosiągalnej rangi mitycznej, jest dla mnie wielce nęcąca. Coś jak kwiat paproci, złota kaczka, złote runo... Niby jest, ale nikt tego jeszcze nie widział. Pragnę to zobaczyć przed śmiercią, jak Neapol. Ale Neapolu już nie chcę widzieć ponownie, raz mi wystarczy. Pamiętam tam ludzkie kupy na, kiedyś reprezentacyjnym, placu i nieprzerobionego do końca transseksualistę na wózku inwalidzkim, pchanym przez kolegę/żankę, oboje naćpani tak, że nie widzieli nawet Wezuwiusza. Takie mam wspomnienia z Neapolu.

     Na razie Mim zdołał utorować ścieżkę łącząca drzwi z łóżkiem, więc idziemy dobrym tropem, między wysokimi hałdami ze wszystkiego. Idziemy w obuwiu z rakami. I może tam jest pies pogrzebany (nie zdziwiłabym się). Mój drugorodny bowiem zajął trzecie miejsce w Poznaniu w walce na warcaby, dostał dyplom, pucharek i medal. Medalu nie zdążyłam dobrze obejrzeć, bo Mim ledwo wpadł do domu, to go zgubił (co za dziadowskie tasiemki!). Aż z tego wszystkiego musiałam posprzątać salon zwany u mnie stołowym. Ale medal przepadł. 

     Ad meritum - Mim szantażuje mnie i nęci porządkiem, a w zamian chce tylko... robali. Tym razem modliszki i straszyki diabelskie. W międzyczasie ledwo udało nam się pozbyć karaluchów madagaskarskich, mnożyły się w postępie geometrycznym i chciały nam wynieść dom na grzbiecie. Ponadto wytwarzały nocą straszliwe odgłosy i to nie związane wcale z prokreacją. A może właśnie...?! Wolę o tym nie myśleć. 

Wszystko lubię, ale małe karaluszki wijące się w kociej karmie przekroczyły moją skalę wytrzymałości. Nie chciałam tego oglądać, mimo silnych nerwów, ale moi sprytni synowie wysyłali mi filmiki na maila. Barbarzyńcy. Ten męski pierwiastek jest nie do opanowania. Uwielbiam :)




piątek, 20 stycznia 2017

(235) SOS dla Michała


styczeń 2017
    
     Wcale nie za górami, bo prawie nad morzem stoi wysoka wieża, a w wieży mieszka rycerz. Siedzi tam sam, od prawie roku, czasem tylko bierze swojego metalowego rumaka i człapią na dół, krok za krokiem po serpentynach niekończących się schodów, by popatrzeć na świat. Schody są najwidoczniej zaczarowane, bo za każdym razem, gdy rycerz chce wyjść z wieży, schodów jest więcej i więcej. Droga jest za każdym razem coraz dłuższa, wysiłek wkładany w walkę ze schodami ogromny. Kiedy tylko rycerz stanie na dziedzińcu, jest już tak zmęczony, że nie ma siły na spacer, na który się wybrał, bo myślami toczy już walkę z trudami drogi powrotnej. Dlatego wychodzi coraz rzadziej. 
Każdego ranka rycerz się budzi i już wie, że ten dzień będzie podobny do poprzedniego i kolejny, i kolejny, a ile ich jeszcze będzie tego nie wiadomo. Ale teraz coś się zmienia... Ktoś puka do drzwi.


listopad/grudzień 2016

     Przed pokojem pielęgniarek stoi długa kolejka pacjentów turnusu rehabilitacyjnego, tacy różni połamańcy, kalejdoskop przypadłości ludzkich. Ciche rozmowy, czasem śmiech. Na końcu kolejki siedzi młody mężczyzna, który nie rozmawia z nikim. Ma nisko opuszczoną głowę.

- Cześć jestem Monika - moja wyciągnięta dłoń pojawia się w jego polu widzenia, w którym do tej pory była głównie wykładzina korytarza.

Chłopak unosi twarz i widzę malujące się na niej zdziwienie. Na razie tylko tyle. Potem ukaże się na niej cień uśmiechu i coś w rodzaju ulgi.
- A ja Michał - odwzajemnia mój uścisk, ale bardzo słabo, drugą rękę opierając na balkoniku.

      No i od tej pory przez trzy tygodnie stanowiliśmy niezły trójkąt - Michał, balkonik i ja. Michał nie lubi tego drugiego, który wepchnął się w jego życie kilka miesięcy temu, bo dotąd dawał sobie radę sam. Uważa go za intruza. Pomocnego, owszem, ale jednak niepożądanego. Chciałby, żeby zniknął. Ale nie zniknie i nie wiadomo, czy się zaakceptują.

     Trzy tygodnie minęły i Michał wrócił do swej codzienności. Siedzi w swojej wieży na drugim piętrze w bloku, trochę pochodzi po mieszkaniu, pojedzie na rowerku donikąd. Poogląda telewizję, posłucha radia. Nie za bardzo może pisać i czytać, bo choroba zaatakowała także nerw wzrokowy, oczy wpadają w oczopląs, więc siedzi w swojej wieży i potrzebuje pomocy. Niewielkiej, bo w postaci komentarza tutaj, może chcecie Mu coś powiedzieć? Byłoby fajnie, bo 23 stycznia, w poniedziałek, Michał obchodzi swoje 36 urodziny. Jeżeli ktoś chciałby wysłać Mu kartkę, to służę adresem. Michał powoli, powolutku zaczyna wierzyć, że to się może udać.

     No i można Mu pomóc w chorobie, tak namacalnie. Na przełomie lutego i marca Michał ma zaklepane miejsce na turnusie rehabilitacyjnym szytym na jego miarę. W Bornem Sulinowie rehabilituje się pacjentów chorych na stwardnienie rozsiane, ale niestety to kosztuje. W sumie niewiele, bo 3 tysie, ale co zrobić jak się nie ma trzech tysi? Można się organizować i powpłacać po 5 zł, po dyszce.  Pomóżmy Mu, co?  Proszę.

     Ja wierzę w ludzi, Michał tę wiarę powoli odzyskuje. Zaczęliśmy działać. Usługi Literackie zakręciły się wokół tematu i powstał tekst na stronę Michała w fundacji Dobro powraca, stamtąd powędrował na ulotkę, którą zaprojektowała i wykonała Newa. Dziękuję :*





Tu można posłuchać i zobaczyć Michała we wczorajszym reportażu, który wyemitowałą TVP3 Gdańsk:


       Żeby chorować na stwardnienie rozsiane trzeba mieć końskie zdrowie. Oczywiście, że Michał wolałby, żeby jego stwardnienie nie było rozsiane, tylko żeby twardniało w jednym określonym miejscu i tu się powiększało. Mówię o koncie!


Nr konta fundacji Dobro powraca: 95 1140 1140 0000 2133 5400 1001

W tytule przelewu proszę wpisać: MICHAŁ MALECKI


Można także przekazać 1% podatku:  
KRS 0000338878.
W polu CEL SZCZEGÓŁOWY na formularzu PIT
należy wpisać: MICHAŁ MALECKI

 ♥

DZIĘKUJĘ W IMIENIU MICHAŁA I SWOIM!

♥♥♥



sobota, 31 grudnia 2016

(234) Ostatnie dywagacje w 2016

     Każdego roku człowiek chce być lepszy, zrobić więcej, coś poprawić. No, powiedzmy... Więc piszę ten post, by pozostawić w archiwum o ten jeden więcej, niż w roku za chwilę ubiegłym. Czysta kalkulacja, podnoszenie własnych rankingów, gównie po to, by ponieść skarlałe blogerskie morale. Jakież to niskie pobudki!

     Jak to bywa zwykle na przełomie lat, znowu zarejestrowałam to samo - że rokrocznie mam zaskakująco pozytywny horoskop, chociaż powinnam napisać jednak zażalenie, bo mój kawałek zodiaku był w tym roku momentami horroskopem, ale na szczęście tylko z jednej, jesiennej strony. Poza tym powiedzmy roboczo, że raj, nenufar na tafli jeziora, ptasie mleczko i delicje, trochę tylko przeterminowane. Mógł mnie czekać przecież laparoskop, albo, co gorsza, kolonoskop. Więc, reasumując, przyjmijmy, że jestem z horroskopu  umiarkowanie zadowolona.

     Rok 2017 będzie lepszy, to akurat jest pewne. Muszę powymieniać gumki w rajtach, Wam też to radzę, bo ciśnienie podskoczy nam do 1020 hektopascali, a nie wiem czy wszyscy mamy tak elastyczne naczynia. 
Tu mogę gładko nawiązać do poprzedniego posta i zakomunikować, że, choć trochę wody w Warcie upłynęło, to butelka czerwonego wina w dalszym ciągu jeszcze nie świeci pustką, co więcej daleko nam do dna. W każdym znaczeniu na szczęście. Ale przecież nie wyleję, nie? Poumartwiam się trochę, największa radość z alkoholizowania się będzie jak nareszcie kiedyś, w nieokreślonej przyszłości, skończę tę butelkę. Podejrzewam już nawet, ze ktoś złośliwie przekleił etykietę i to wcale nie jest wino, tylko ocet balsamiczny albo, co bardziej możliwe, jabłkowy. Czasem wręcz jestem pewna, że to bejca do drewna z perhydrolem. Jak to człowiek ma tendencje do samobiczowania się ze skąpstwa. Dociągnę  z tym winem do Wielkiego Postu i dzięki temu już mam zaklepane miejsce w niebie. Ha! Główka pracuje!

A pracuje ciągle, bo kiedy tak sobie cierpiałam, a trwa to zawsze wieki, wymyśliłam szereg udogodnień dla ludzkości. Na przykład, hit Sylwestra i wieczorów panieńskich - czopki musujące. Oraz, uwaga, dziewczęta, takież globulki. I czekolada w iniekcjach.

Zafrasowałąm się także nad pokręconą etymologią i kalectwem językowym słowa ŚLISKO. Dlaczego mówi się ŚLIZGAWICA, POŚLIZGAĆ SIĘ, co się u licha dzieje z tym S i K?  Serdecznie współczuję zagranicznym studentom polonistyki, to wzruszające, ze tacy istnieją. Czysty heroizm.

Takie myśli krążą nad kieliszkiem z tą barwną cieczą o zapachu sfermentowanego moczu łasicy, która jednakowoż jest najpewniej utoczoną w odrażający sposób wydzieliną jakichś owadów lub,  co gorsza, skąposzczetów. Żaden ssak nie chce tego ssać. A ja muszę! Ale potem życie moje wyda mi się kolorowe jak bollywoodzki film, czego i Wam życzę.

Udręczona planuję zajęcia i wydarzenia na rok 2017, mam już zapełnione 228 dni, więc gdyby ktoś się chciał jeszcze ze mną spotkać, to proszę klepać mnie po terminach.

I co by tu jeszcze..

No, mogłabym tu napisać o czym marzę i śnię w 2017, ale nie będę obnażać przyszłości, po prostu sami zobaczycie co mi się zmaterializuje. Na razie zmaterializowały mi się makowiec i mieszanka wedlowska i to w sposób bardzo symptomatyczny dla szwów moich spodni.  Reszta okaże się niedługo. 

     I na koniec muszę się do czegoś przyznać, mianowicie, że bardzo nie lubię Sylwestra. Zazwyczaj w Sylwestra jestem uwiązana łańcuchem do kaloryfera i z jakąś rzewno-dekadencko-irytującą nutą obserwuję rozbłyskające w oddali iluminacje. Miałam to zawsze, od dzieciństwa, to nostalgiczne wrażenie, ze cały świat się bawi, tylko mój się wali. Takie jakieś smutne ciągnięcie za nerw duszy. Samotność, pustka, żal, jakiś dziwny zlepek uczuć, mimo, że dookoła ludzie. Zero beztroskiej radości kapiącej z TV. Hm. Po latach dowiedziałam się, że moje odczucia są raczej typowe. Albo mnie pocieszacie?


Srebrne żywe lisy, migotliwa aura, malnięte oko
 - czyli wizualny poradnik jak to bez wchodzenia z domu
stwarzać pozory szampańskiej zabawy.
Coś jak Sylwestrowa Noc z Polsatem w kapciach. 



Kochani Czytacze!

Niech 2017 obsypie Was szczęściem, dobrem i miłością,
nie dajcie się złemu światu!



niedziela, 25 grudnia 2016

(233) O nierównej walce z procentami

     By nieco osłodzić sobie obraz Świąt, które u mnie w tym roku wyjątkowo gorzkie, w godzinie późnowieczornej przypomniałam sobie, że jest na świecie coś takiego jak alkohol. Płyn rzadko widywany w moich stronach, zupełnie jak kwiat paproci, a szkoda, bo, jak wiadomo, posiada magiczną zdolność rozpuszczania konturów, likwidowania ostrych krawędzi i szlifowania fasetek w odpowiednią formę. Postaram się poprawić! Właśnie wróciłam z sanatorium, więc moje szanse  znacząco wzrosły.
     
     Zdarłam więc pajęczyny porastające szafkę, której ćwierć półki spełnia rolę barku i klękając przed nią nabożnie przejrzałam wiktuały. Na pierwszy plan wysunęła się pękata, bodajże litrowa, butla, z której w zeszłym roku międzynarodowe, doborowe towarzystwo Pań przy Wielkiej Okazji Wpisywania się w Annały Literatury sączyło kukułczankę made by Jarecka. Niestety, butla ziała rozdzierająca trzewia pustką.

     Obok tej pustki stała wódka meksykańska sprzed bodajże dziesięciu lat. Nie dość, że nie pijam mocnych trunków, a zapach wódki mnie przygniata, to ta jeszcze miała na swym dnie truchło larwy nieznanego ludzkości gatunku. Podejrzewam, że to coś z rodzaju Delirium tremens. Nóżki rachitycznie podgięte pod miękki brzuszek, czarne oczka na przekrzywionej męczeńsko główce, ciało białe, zmacerowane i udręczone, co w konsekwencji nie nastrajało świątecznie, wręcz nawet antykoncepcyjnie.

     Kolejnym trunkiem była ekskluzywna wódka rasy miodula, którą dostaliśmy z okazji parapetówki kilka lat temu. Wódeczka w skórkowym woreczku, a'la moszna, z ręcznie wypisaną etykietą z numerem beczki, z której została zlana i szereg innych, pisanych odręcznie wiadomości, dla mnie zupełnie zbytecznych, bo nie jestem targetem dla żadnych wódeczek. Mat jednakże podłubał w smartfonie i kategorycznie zakazał mi jej dotykać, odczytawszy cenę na Allegro. No więc butelczyna będzie leżakować u nas kolejne lata, kto wie, czy nie dziesięciolecia. W sumie dobrze, bo może zbijemy na niej malutką fortunkę.

     No i pochodu potłuczonych maszkaronów dopełnia maleńka piersióweczka ruskiego koniaku, już chyba pełnoletnia. Koniaku to ja w ogóle nie lubię, nawet zapach przyprawia mnie o mdłości. Mam niestety chamskie, a podejrzewam nawet, że nie czarne, tylko miętkie i luziowe, podniebienie, bo lubię wyłącznie szampana, białe wino i piwo (jasne, gorzkie i bez profanacyjnego soku i słomki). 
     
     Tymczasem, ku mojemu zaskoczeniu, w ciemnicy szafki, za wodą święconą, którą trzymam w butelce po winie mszalnym z etykietką Najświętszej Panienki (osobiście czekam na cud), stała butelka gruzińskiego wina, niestety czerwonego. Cóż, poświęcę się. Niech będzie już to czerwone, skoro raz na pięć lat mam ochotę się znieczulić lampką.

     Tylko dziesięć minut zajęło mi szukanie korkociągu i kolejne tyle próby wyciągnięcia korka czymś, co miało kształt knurzego penisa i powinno leżeć w muzeum tuż obok Szczerbca.

    Tak więc, jak się można łatwo zorientować, butelczyna z obskubanym korkiem zachowała cnotę i spoczęła w krypcie obok larwy, ruskiego i mioduli. Niech jej szkło lekkim będzie. Kij jej w szyjkę. I tak nie lubię czerwonego. Pf.


Wesołych Świąt, Kochani, bo bo co nam zostało? Tyle naszego!
Jedzcie i pijcie, bo:



Achtung, apdejt!

     Składam samokrytykę. Że też ja o tym nie pomyślałam wczoraj! Jako matka chłopców i siostra jedynego brata, jedyna córka mego ojca, powinnam przecież wiedzieć jak się postępuje z kobietami, nawet kruchymi jak szkło butelki.
Otóż, król Julian też to wiedział i żarliwie wyłuszczał te kwestie żyrafie w umieralni. Azaliż poszłam po rozum do głowy, długo nie wracałam, ale w końcu jestem. Wcieliłam się zatem w gentelmana, który próbuje uwieść wybrankę. Wcześniej próbowałam deflorować na siłę, a jak wiadomo, przynosi to skutek odwrotny od zamierzonego. Tak - przemyślałam kwestię konsumpcji naszego związku - otworzyłam barko-półkę, by porwać butelkę w ramiona. Poszeptałam jej ciepłe słówka, ogrzałam oddechem, zaplanowaliśmy przyszłość, przynajmniej tę najbliższą, po czym rzuciłam się na podłogę na kolana, między którymi była butelka. Rzucenie się na kolana jest tu kluczowe. Butelka wtedy rozmięka i jest uległa. Wkręciłam jej zatem w szyjkę korkociąg, a ona pozwoliła na wszystko. Tadam. I w ten oto sposób spędzamy upojny wieczór. Będzie trochę cierpka z początku, ale mam nadzieję, że nasze stosunki nabiorą słodyczy. Na zdrowie!


apdejt 2:

Po pierwszym łyku z całą mocą trafiło do mnie, jak bardzo nie lubię czerwonego! Sorry, maleńka, ale musimy się rozstać. I nie, nie idę do tej meksykańskiej larwy. Po prostu nie pasujemy do siebie.

środa, 21 grudnia 2016

(232) Pies

     Przyszłość podchodzi do mnie jak pies. Trąca mnie nosem, łasi się do kolan. Poklepuję go raz po raz po łbie, a on patrzy na mnie brązowymi oczami. Rzuć mi ten kij, proszę. Rzuć go, a pobiegnę z jęzorem na wierzchu. Nie bój się, może być trochę krzywo, możesz nawet rzucić w krzaki. Ja pobiegnę i znajdę. I przyniosę ci do stóp. Odkryję ścieżki, to nieuniknione. Nie każ mi  łazić przy nodze. Puść mnie. I biegnij za mną. No nie bój się, nie ucieknę. Będę dwa kroki do przodu, tuż przed tobą, nawet jak zniknę ci na moment z oczu, to będę.

     Dziś usłyszałam, że przyszłość już mnie zna. Że czeka na mnie, na to co zrobię. Ona już wie. Wie, co umiem i za czym mam biec. Ja chyba też już to widzę, wyszło zza zakrętu. Trzymam się sama w objęciach i ryzach, także papieru, postaram się nie puścić i nie rozsypać. Ale jeszcze ukrywam się sama przed sobą, wstydzę się prawd o sobie, bo przeczuwam, że jeśli je zobaczę nagie, poczuję się jeszcze gorzej, bo ich nie akceptuję. Pokochać siebie jest tak trudno. 

***

     Nie uwierzycie, ja też nie mogę, zaskoczyłam w tej chwili sama siebie. Ale kiedyś przecież miałam psa, czarnego jak smoła mieszańca po dobermanie i wyżlicy. Miał na imię... Future.



piątek, 28 października 2016

(231) Hodowcy ptaków

     Rzadko mam okazję się zajechać. Fizycznie zajechać, tak do zmęczenia mięśni, drżenia ud, pustki w głowie i padnięcia na pysk. Zajadę się, myślę, z głową, bo nie na śmierć, pójdę z centrum ze dwa przystanki per pedes. Jak się zajeżdżać, to tylko piechotą.

    Jeden, dwa, trzy. Zgiełk, pisk tramwajów. koła turkocą po bruku. Cztery, pięć, dziewięć. Trzask drzwi autobusów, mijani ludzie rzucają mi pod nogi bomby z opóźnionym zapłonem, wybuchając śmiechem ranią uszy. Brnę dalej, dalej, Staję na moście. W oddali dachy, po których chodziłam, gdy byłam jeszcze młoda, jakoś latem. Patrzę na leniwie pełznący nurt rzeki, na stalowe języki liżące betonowa nieckę. Opieram się o barierkę i trzymam zimną poręcz, jakoś się trzymam. W piersiach czuję trzepot i rozdzierający ból. Mój ptak orze mi dziobem wnętrzności. A ja nie mogę nic zrobić, więc patrzę, pocę się na zimno i blednę. Panta rhei, rzeka i krew, jakie to pretensjonalne, że właśnie teraz. Pełen dramatyzm chwili, he. Rozpinam się i macham skrzydłami swetra, ale nie odlatuję jeszcze. Odzyskuję oddech, wchłaniam w siebie pot i nabieram łyżką na twarz trochę kolorów jesieni. (Pamiętasz, co ma wspólnego łyżka z jesienią? Je się nią).

     Idę dalej, ze dwanaście, rzeka już daleko za mną, przede mną jezioro, w głowie przyjemny przeciąg a w nogach kilometry. Z szumu samochodów wpadam w szum liści. Powoli zanurzam się w moim świecie. Zieleń wybrzmiała ostatnią nutą, złoto i brąz dźwięczą szlachetnie. Idę coraz wolniej, bo w kącik oka wpada cud numer jeden. Nade mną błękitne niebo, choć jeszcze przed chwilą były na nim draperie z wilgotnej brudnej waty. Po lewej szum. Jezioro migoce, trzyma fason i lustro, przegląda się w nim szpaler znajomych drzew na garbatym pagórku w chusteczce z koca w kratę i złocistej koronie.

     Siedzi na wodzie, ptak-cudak. Pierwszy raz widzę tu kormorana. On pierwszy raz widzi mnie. Stoimy cierpliwie obserwując się wzajemnie, bardzo dokładnie i wnikliwie. Uśmiechamy się, wymieniamy dobry dzień na grosze, on sam na boi, ja sama na brzegu się trochę boję. Dwa czarne samotne ptaki ubabrane w złocie i błękicie.
Zostawiam mu worek problemów, naklejam na niego etykietę ze słów i mówię, rób co chcesz, utop.

     Lżejsza idę dalej, przechwytuje mnie cieniem klon jawor i zaraz koronuje. A w koronie na mych skroniach miły trzepot i po chwili maleńkie kropelki spadają z góry i osiadają mi na twarzy. Na gałęzi kołysze się sroka, zmieniając się z nastroszonej szyszki w smukłego eleganta we fraku. Prrrrrysznic, madame! Prrroszę barrrdzo, pokrrrrropię cię jeszcze, bo to takie okrrrropnie fajne.
A ja mam nadzieję, że to tylko woda.
Dziwne te ptaki, dziwaczne spotkania.

     Chłonę słońce i wilgoć przez pory skóry, a nade mną pojawia się klucz do nieba. Ogromny, gęgający, pięknie uformowany, jak grzebień w błękitnych włosach. Stoję i patrzę na te ptasie pokazy, mkną równiutko, na wschód, jak strzałka na mapie. Pokazują mi kierunek, bo na zachodzie przecież ciągle bez zmian. Trzeba mi za nimi na wschód.

    Słońce, kormoran, sroka i klucz. Woda, niebo i powietrze. Wiem, że będzie dobrze, wszystko ma stać się wolne. Powoli.
     Staję w lesie, słońce przenika świetlistymi pasmami na ukos aż do wilgotnej ziemi, liście spadają do mych stóp, wirując obłędnie. Zadzieram głowę, tnę nosem złocone niebieskości i wiem co muszę zrobić.

Odpinam sweter, otwieram klatkę. Leć!

Nie wzbija się, nie trzepocze skrzydłami. Patrzę zdziwiona w swoją ciemna czeluść, że nie orzeł, nawet nie sowa. Na ziemię z otwartej piersi wypada mała kolczasta kula. Tupta pod stertę liści i zagrzebuje się w niej.

Wcześniej ktoś tak wypuścił kormorana, który nurkował w przeszłości i wyławiał ościste ryby.
Chytrą srokę co piekła żywym ogniem i warzyła kaszę.
Pęk kluczy do szczęścia i sukcesu, który nie zakwitł.


Jest mi lekko i nie boli.

Kormoran przestanie łowić i rozpruwać żyły.
Srocze łzy wyschną i przestana piec.
Klucze wszystko otworzą.

A kolczasta kula obudzi się wiosną.

Na wschodzie zmiany.



wtorek, 25 października 2016

(230) Statek-widmo

     Podkręciłam wąsa, wzięłam dziateczki pod pachy jak rasowy bosman majtki i ruszyłam w kipiel. Kipiel falowała, unosiła nas na grzbietach fal, targając przy okazji fale mych loków i grzywy młodych samców. Raz nie było widać Mata, raz Mima, którzy nurkowali między mackami odmętów ludzkich i wili się jak morskie węże, zmierzając ku wyspom szczęśliwym widocznym w oddali w rejonach oceanu bardzo spokojnego. 
    
     Wyspy szczęśliwe miały ściśle określone położenie geograficzne: rząd 1- miejsce 31, rząd 2 miejsce 31 i 32. Przepływaliśmy naszą szalupą przez gąszcz żywych wodorostów oplatających łydki, by dzięki skurczom partym tłumu osiąść na rafach sali Centrum Kongresowo Dydaktycznego Uniwersytetu Medycznego, tuż przy mostku kapitańskim, na którym za chwilę miał się pojawić bosy ale w ostrogach Wu Cejrowski. 
    
     Morze charknęło mokro i wypluło nas pod scenę. Nasze ruchy stały się coraz bardziej gwałtowne, a myśli zdesperowane, bowiem trzy komplety oczu na naszym wyposażeniu, ujrzały coś strasznego. Byliśmy już nawet gotowi dokonać niecnego abordażu na rząd trzeci, albowiem... rząd pierwszy i drugi okazały się rzędem-widmem! Trójkąt Bermudzki naszych trzech miejsc wciągnął w odmęty niebytu dwa rzędy sali, pozostawiając w wykładzinie wymowne dziury. Dziury, jak to dziury - uparcie milczały, patrząc prosto w sklepienie i to bez najmniejszego mrugnięcia kłaczkiem. Mnie za to drgnęła nerwowo powieka i rozbujała się noga w kolanie, porwałam więc majtki na biodra, torebkę na szyję i pognałam ratować świat, albo przynajmniej wyspy szczęśliwe i pozyskać posiłki, bo słodka woda Mima nie starczyła na długo. Do butelki zamierzaliśmy włożyć list i wysłać go do Kup.Bilecik.pl by puknęli się nią w czółko. Sprzedać miejsca, które nie istnieją - wirtuozi marketingu!

     Niagarą schodów na dół, ziuuu po poręczach, dwa nokauty i osiem farbowanych wielorybów później stoimy już przed rekinami imprezy. Rekiny okazały się mimo młodego wieku bezzębne i niegroźne, a wręcz przyjacielskie i już po krótkiej chwili zamieniły się usłużnie w Szerpów niosących dla nas wyściełane krzesła z podłokietnikami i wygodą w pakiecie. Nie, to co ta biedota z drugiej strony sali - na drewnianych dostawkach! Szerpowie wpuścili nas wejściem dla VIPów, odgrodzonym od fal mózgowych ciżby plastikowym łańcuszkiem, wnieśli 1/3 krzeseł, ponieważ drugi rząd jednak wyłonił się z odmętów jak Wenus z piany. Usiadłam więc przy scenie w fotelu i mogłam niemal dotykać bosych (na wypadek podniesienia się wód) stóp WC.
Nadmienię tylko o pozyskaniu u rekinów informacji o czasokresie niebytu pierwszego rzędu. Mianowicie pochłonęła go nicość 5 lat temu. Pięć. Lat. Temu. 
Ha. 
Haha.
Ha.

No.

Mandacik dla Bilecika.

     Za to  widok z fotela miałam przedni - lewym okiem patrzyłam na kapitana Bosa Nova'k, prawym na całą salę, dzięki zezowi rozbieżnemu nic z rejsu mi nie umknęło; co więcej - nasz kąt zdołał przemycić kilka celnych ripost słownych, ośmielony tym moim tronem, wiecie. Byt kształtuje świadomość i tępi zmysły, a odwaga w ławicy szprotek ryczy lwem. Zwłaszcza, że wkoło ciemno, a WC oślepiony szperaczem. Zero ryzyka.

     Po rejsie spłynęliśmy w dół, by pobrać autografy, a jako, że jest to już nasze trzecie spotkanie z WC, Mim ośmielił się zadać pytanie o ulubione zwierzę (zapach bydła plus szop pracz, ponieważ jest zabawny), a ja - gdzie pisze książki - w RP czy USA (w USA, ponieważ tam ma spokój. Hmm). Mat jak zwykle nie zapytał o nic, tylko pobrał autograf i zdjęcia. Zdjęcie robiłam ja, więc jest poruszone. Mamy więc imperatyw, by powrócić za rok.

2013, Wojciech Cejrowski w Zamku za zasiekami ludzkimi.
Jak widać, świecką tradycją zdaje się być nieostry osąd sytuacji.

poniedziałek, 10 października 2016

(229) Nieskończoność

     Akurat właśnie ósmego.
     Ósemka to taka nieskończoność postawiona na baczność. Dla mnie od równo dwudziestu lat.



     Może Wasi ojcowie żyją, może niektórzy nie. Jesteśmy już w tym wieku, że następuje naturalna zmiana warty.

     Zazdroszczę tym, którzy poznali swoje wnuki, odeszli jako starzy ludzie. Zawsze następuje to za wcześnie, nawet jak są omszeni i mają po sto słojów. Zawsze szkoda umierać, młodo umierają ponoć tylko wybrańcy bogów. Ponoć. Po cholerę, nie wiem.

     Mój tata umarł w wieku 52 lat, do 53 urodzin zabrakło Mu miesiąca i sześciu dni.
I wszystko byłoby w miarę nietraumatyczne dla tych, którzy zostali, gdyby nie jedno maleńkie ale. Umarł, choć nie musiał. Ot, pomyłka, każdemu się może zdarzyć. Nawet lekarzowi, nawet Gabrielowi z mieczem. Coś tam pochrzanili w papierach na górze, przeoczyli datę przydatności, przekleili metki. Może jakoś naprawimy tę pomyłkę, może klej puści i da się przedatować? O? Nie udało się? Nie może być! Zabawa w kotka i myszkę przez pół roku. 

     Poniedziałki to próg zwalniający całego tygodnia. Kołdra jest najcieplejsza, głos syren najbardziej pociągający. W poniedziałek mówię do mamy - mamo, ja już nie mogę, po prostu nie daję rady. Nie mogę na to patrzeć dzień w dzień, naprawdę już nie mam siły, ani kropli. Jestem w szpitalu od razu po zajęciach, w domu ląduję pod wieczór. Była wiosna? Lato było? Kiedy? Jest jeszcze morze w Polsce? Nie wyschło? Ach, wpłakiwałyśmy na bieżąco. Nie stwierdzono obniżenia się poziomu, tylko nastroju? Teraz podobno kolej na jesień? Jakoś skurczyła się do granic zimnych murów. Mam nimi ściśniętą klatkę, kompresja myśli, balotami odlatują windą do nieba, albo do ciepłych krajów, nie wiem, bo nie oddycham. A chyba muszę czasem. Muszę pisać tę cholerną magisterkę Dzisiaj sobie odpuszczę, mamo, dobrze? Pozwalasz mi się wyprząc dzisiaj? Tylko dzisiaj.Pozwól mi zdjąć popręg, zobacz, mam krwawe rany. 

Jak uważasz. 

Uważam.
Nie zdjęłam.
Poszłam.

    I to był ostatni raz, kiedy Go widziałam żywego. Ogoliłam go na leżąco. W trakcie wymiotował. Człowiek nie umiera jak na filmach. To nic czystego i pachnącego fiołkami. Śmierć jest sprzątaczką z kubłem pomyj i szmatą w brudnej dłoni, z żałobą za paznokciami. Kosa jest niesterylna. 
     
     Nie wiem co robić najpierw. Nie mam wprawy. Siedzę na metalowym krzesełku, na siedzisku którego widać drobne korzonki wrastające mi w uda. Czoło opieram o brzeg jego pościeli. Zamykam oczy. Trzymam go za rękę, od której biegnie galopem zwój kabli. Jedna rurka w ostatniej sprawnej, lekko pulsującej żyle na szyi, kap kap, druga w nozdrzu, ślurp ślurp. Rurka spod kołdry z woreczkiem zapełniającym się moczem, kap kap. Życie skapuje na szpitalną podłogę, przecieka przez palce, łapiesz durszlakiem jak idiota, bo w progu dyszy ta sprzątaczka z kubłem. Już można posprzątać? 

     A ja jak durny rycerzyk z durszlakiem na głowie, bronię, trzymam głowę na skraju łóżka, tuż obok naszych rąk i trzymam to letnie życie za mały palec, za włos, odwracam siłą woli grawitację, by nie wbił się w Ciebie miecz Damoklesa, co na drugie ma Gabriel, w blond loczkach i białej wykrochmalonej sukience.

     Sio, zgrajo!

   A pamiętasz jak opowiadałeś mi bajki? Leżeliśmy na boku, zwróceni twarzami do siebie. Opierałeś głowę na swojej ręce, a ja wtulałam Ci się pod pachę. Byłeś spocony po całym dniu, dla Ciebie się on jeszcze nie skończył. Wtulałam się w tę pachę, gdy mi opowiadałeś straszne historie. 

Teraz role się odwróciły.

Nie bój się, dobrze? To tylko sen. Jutro będę. Jak co dzień.



   Jutro tymczasem nie przyszło. Nie przyszło ani pojutrze, ani żadnego innego dnia, nawet nie wiem, czy teraz  dni biegną jak powinny, skoro jeden dzień zbiegł z kalendarza. Czy to zniknięcie nie zaburzyło symetrii nieskończoności?

     To był pierwszy wtorek bez Taty. Wiedziałam po co tak wydziera się ranny telefon. Drzesz się i drzesz, zdechnij! Dzwonek wwiercał mi się w mózg, Im dłużej nie odbiorę, tym dłużej będzie ze mną, bo przecież to niemożliwe, by tak po prostu zniknąć. Jak to? To już? Tak, ot? Po prostu? 
     
    Zawsze był, a dzisiaj go nie ma. I nie będzie już nigdy. I pogodzić się jest tak cholernie trudno. Z czymś co stać się nie miało, a stało. Nie mogło, a zdarzyło. Jakiś błąd systemu, bo komuś się wyślizgnął miecz przy przeklejaniu metek. 


Oszuści.


Mam tylko nadzieję, kopnięta ósemko, że jesteś pętlą Mobiusa.





piątek, 7 października 2016

(228) Noc i koty czyli jak się zostaje artystą

SEN (a może NOC, nie pamiętam)

Kiedy idę spać, sny do mnie przychodzą,
ze świerszczem jestem w jednym pokoju.
Tam nie ma żadnego spokoju.
Ptaki przez okno do mnie mówiły,
jak bardzo głodne kiedyś były.
Nagle wszystko ucichło...
a po drabinie wspina się kocisko.
Skacze, przenika przez okno i patrzy
na planety trzy.

Mim, lat 10.


To zadanie domowe z języka polskiego na 7.10.2016.
Zmodyfikowane przez autora, który nie chcąc pisać opowiadania wyznał (zełgał?), że woli poezję.
Wykonane o godzinie 21.30 dnia 6.06.2016.
Zaraz po angielskim.
I plastyce...
(Świat podwodny metodą frotażu). 

WTF?!

Najszybciej znalazłam odpowiedź na palące, z powodu późnej pory, pytanie: co to, do cholery, jest ten frotaż?!

     Kiedyś nie podziwiałam zbytnio cierpliwości matek. Błąd. Teraz nie dziwię się już, że matki zazwyczaj nie potrafią wprawnie posługiwać się kosą spalinową, toporem i szpadlem. To tylko dlatego w wilgotnych celach  jest jeszcze miejsce dla innych złoczyńców.



Hm. Będąc dokładnie w wieku Mima, czyli jakieś circa osiem lat temu, tworzyłam podobne poematy w zeszycie w trzy linie. Pamiętam początki dwóch z nich:

Połamały się kredeczki
naszej małej Kasineczki.
A Kasieńka krzyczy w głos:
- Mamo, mamo, ja chcę to!

Dalej nie pamiętam, za co Was nawet nie przepraszam, bo tego się zbytnio nie da czytać bez tików nerwowych. Było coś o awanturach przed witryną sklepową i o bajeczności kredek. Pewnie dzieło powstało pod wpływem tych chińskich, grubych, świecowych z pandą, pamiętacie je? Ołówkowe były z Misiem Uszatkiem.

Drugi wierszyk miał nośny tytuł "Januszek-Łakomczuszek" i pamiętam tylko, że Januszka ciągle bolał brzuszek. Wiersz był pełen empatii, a zakończon był brawurowo wiadomym morałem, co mnie dziwi, gdyż jestem dzieckiem systemu i jakoś nigdy nie umierałam z przejedzenia się kilogramem trufli czy szynki parmeńskiej, więc pisząc te słowa chyba nie podpierałam się kosturem empirii. 

Ale, pomińmy trywialność wierszyka, jego niezborność werbalną i sfokusujmy uwagę na metrum, rymach i takich tam różnościach, dzięki którym poemat wpada w ucho i nie jest nazbyt wstrętnym.

     Moje dzieci mają jakieś zadatki ku wygibasom językowym. Mat na prozaika (zaraz po sportowcu chemiku lub matematyku), Mim na białego poetę podróżnika. Tak, mili Państwo, tak to się zaczyna i to już. Co prawda Mim zawsze odgrażał się, że będzie niebieskim ptakiem i widzę, że fatum rodzinne w postaci obciążenia genetycznego nie jest jednak mitem.

     A tak liczyłam, że zostaną milionerami...


Po kliknięciu w obraz, ten czarodziejsko się powiększa.


     A wierszyk Mima w wydźwięku podobny jest do mojego, który znalazł się komentarzach u Eli Wasiuczyńskiej dawno dawno temu. Hasło: KOTY TO... Być może się powtarzam, ale co tam.

http://wasiuczynska.blogspot.com/2016/03/konkurs-kot-jaki-jest-kazdy-widzi.html#comment-form


 ***
Nad dachem mojego domu w Poznaniu
jest uśmiech kota jak księżyc w maju.
Wskazuje azymut na Mleczną Drogę,
w której kot czarny moczy swą nogę
i właśnie śni sen o lataniu :)

No i potem poszłooooooo:

 ***
Mówisz więc, że otrzesz się o mnie lekko jak muślin trącając neurony,
Wzburzysz ocean łóżka, dotykiem zbudzisz drzemiące pod skórą demony...
O zmroku z łuku mej skroni zliżesz problemy przebijające sklepienie.
A gdy się wtulisz we mnie, z mruczeniem wypełnisz mnie mlecznym ukojeniem.

Mówisz więc, że jesteś tylko kotem?



Powstały też inne kocie fikołki:



***
K  to spotkał choć raz czarnego kota
O  d razu myśli: mam kłopota!
T  edy spluwa szybko przez lewe ramię.
Y  ch!!! Pech! Splunął wprost w oko jakiejś damie!
TO  wyrok, klątwa, bo wpadł jej w oko! (Na szósty wers tu za wysoko).




 ***

-poKO TY TOmaszu
 co tam masz w kamaszu?
-Nie pokażę, bo nic nie mam!
-Dziura tylko, więc się nie łam,
dziura to jest nic!
  1. Dziurę mieć w skarpecie-
    za nią winię cię,
    ty paznokciu nieobcięty
    i jak pazur zawinięty!
    Koci pazurze!

    Teraz państwo wiecie
    czemu już na świecie
    nie ma żadnych kotów w butach,
    nie ma nawet ich w paputach!
    Wszystkie bose są!

    ........

    To oczywiście nieznana do dzisiaj dalsza część wierszyka Tuwima o kocie Tomaszu, w identycznym lubianym rytmie :)

    Miauczy kotek: miau!
    - Coś ty, kotku, miau?
    - Miałem ja miseczkę mleczka,
    Teraz pusta jest miseczka,
    A jeszcze bym chciał.

    Wzdycha kotek: o!
    - Co ci kotu, co?
    - Śniła mi się wielka rzeka,
    Wielka rzeka pełna mleka
    Aż po samo dno.

    Pisnął kotek: piii..
    - Pij, koteczku, pij !
    ..Skulił ogon, zmrużył ślipie,
    Śpi - i we śnie mleczko chlipie.
    Bo znów mu się śni.
  2.   I łamańce językowe:

 ***

  1. Pokotem leżą koty
    Potem im pocą się stopy.
    Po to te koty przedtem kopią
    By potem pachnieć potliwą wonią
    I gapiąc się kłapią w pyskach bronią. 
  2.  i medyczne diagnozy...
 ***
KOTYTOnia to choroba
na nią lekarstw każdych szkoda!
Nie wyleczysz się, przepadłeś
kiedy kotem ty zawładniesz!
(Wieeem, że tobą kot, niecnota!)
;)

Albowiem kot też ma miednicę.

środa, 28 września 2016

(227) Lapsusy

     Czasem niektórych rzeczy nie należy robić. No nie nada i nielzja.

     Przytrzymałam mego życiowego rumaka w cuglach piąta dziesięć rano, kiedy to elektroniczny kur wypiał pobudkę i dziobiąc w zadek nieparzystokopytnego, chciał wygnać na nim pół rodziny, czyli Mata i mnie, spod kołdry wprost na poniewierkę. W sumie niedaleko, do biedronki, przy której zbierała się ciżba szkolna, by osiąść w autokarze i dać się powieźć ku ojczyźnie Kopernika i pomniejszych wielkich, pulchnej jak piernik Katarzynka, ziemi toruńskiej. W zasadzie przez 15 minut drogi nie ma się zbytnio czasu ani okazji sponiewierać, ale zmarznąć już tak. To zostało mi więc oszczędzone. Matowi natomiast został dzięki temu oszczędzony widok mnie jako jedynej matki machającej chusteczką. Jako jedynej matki odprowadzającej dziecko w ogóle. Obie strony były więc zadowolone - ja uniknęłam zapalenia pęcherza, a Mat kompromitacji.
   
     I tu naszła mnie refleksja, że człowiek wspina się bowiem całe życie na tę wieżę Babel macierzyństwa, używając czekana miłości, wysublimowanej wiedzy, szantażu i przekupstwa. A potem, gdy stanie na szczycie, okaże się, być może, że to urwisko spartańskie, a u jego stóp bieleją kości starców i niezdolnych do życia w szerokim rozrzucie, także tym wiekowym. Kwestią czasu jest tylko dodające skrzydeł klepnięcie w plecy przez własne potomstwo. A potem leci się gładko.

     Nie pomna nielzja, zajrzałam z mieszaniną ciekawości i napiętej ostrożności graniczącej z kakofonicznym akordem, bo nie samotną nutą, przerażenia w czeluści działu zakurzonych kopii roboczych bloga. Trzydzieści dziewięć zasuszonych larwalnych postów, związanych jak salcesony, łypie na mnie matowym okiem z zatłoczonej drewnianej półeczki. Całe stado salcesonów. Co z wami zrobić, pokraczne maluszki? Dobić nie mam siły, tym bardziej urodzić. A kij wam w oko! Płodzę czterdziesty. Jestem Alibabą, co jest bardzo podobne werbalnie do alidady. A wiedzę, co to alidada, posiadłam dopiero w wieku dojrzałym i soczystym, czym oczywiście się tu pochwalę, bo jak się nie pochwalę, to ją zapomnę.

    Kiedy słowa wykazują aż tak daleko idące podobieństwa, łatwo w takich wypadkach o przejęzyczenie, prawda? No niestety i mnie się to zdarza, przyznać muszę. I to w wersji nie tylko akustycznej, ale i pisanej. W sumie dobrze, że nie znam żadnych męskich bliźniaków. No dodam, że piekielnie inteligentnych lub choćby tylko przystojnych. Jeszcze by mi się pomylili i co. Przejęzyczyliby mi się zapewne.

A oto co mi się werbalnie zdarzyło:

- Napijesz się siku*?
- A Ty?!
- Chętnie.
- Stosujesz urynoterapię?!
______
* soku


- Polski jeżyk* rodził się chyba w bólach.
- Ale dlaczego tylko polski? To chyba niełatwe zadanie, okupione nieludzkim cierpieniem.
- No, nie. No wiesz, te wszystkie szelesty...
- Tak, jeże na pewno nie rodzą się w ciszy.
_______
* język


- No i naukowcy w tym Sevres widzą zegar i szczytują*.
- Tak?
- No tak, żeby zgrać się w czasie, wiesz.
______
*sczytują


- Chłopięce zabawy są ekstra! Kiedy byłam mała, byłam chłopcem. Wtedy najchętniej  bawiłam się sutkami*!!! Ale czad!
- Hm, wiesz, że ja też? I do tej pory lubię.
_____
*autkami



      A teraz, pisząc ten post - co za chichot zbiegu okoliczności - usiłuję wyczyścić monitor. Skrobię paznokciem i skrobię, myślę sobie, co za franca zbezcześciła mi monitor długopisem, albo, sądząc po trwałości śladu, jakimś permanentnym ustrojstwem, bo nie schodzi i już.

     Aż wreszcie zauważam, że to zagubiony apostrof...

niedziela, 18 września 2016

(226) Bajka o karpiu

     Siedzę na trawiastym zboczu, wpatrując się w wijącą w dole rzekę, jak muska mokrymi liźnięciami nieco gliniasty brzeg. Małe wiry w pobliżu kamieni, powierzchnia wody uczesana nurtem w sztruks.
     
     Moje łokcie spokojnie spoczywają na ugiętych kolanach, w splecionych dłoniach obracam źdźbło trawy. Biorę je do ust, rozgryzam zębami soczystą łodyżkę i spoglądam kto siedzi obok mnie. Ostry profil, okulary w drucianych oprawkach, pasma siwych, dobrze ostrzyżonych włosów. Podwinięte rękawy czarnej koszuli, między kołnierzykiem dwa guziki niedopowiedzeń.

- Znasz historię karpia? - wyrwany z zamyślenia odrywa wzrok od hipnotyzującego prądu rzeki i zwraca ku mnie twarz. Zamykamy obwód. 

Kiwam przecząco głową. Już wiem, że utonę w tej opowieści. 

- Wiesz, jaki ma kolor woda tej jasnej nocy, kiedy karp umiera i wystawia swój brzuch ponad lustro wody, by odbić się w tarczy Księżyca? - po szkłach okularów przebiegają świetliste refleksy.

Ela Wasiuczyńska

- Skoro umiera nocą, to pewnie w granatach inkrustowanych srebrem? Nie za wiele srebra, - dodaję po chwili - gdyż wyglądałoby to tandetnie i nie pasowało do powagi śmierci. Tandeta ośmiesza. Posrebrzone są pewnie lekko maleńkie części fal, ot, tyle smug księżyca, ile pływa po powierzchni wody, gdy zanurzysz w niej czubek pędzelka.
A jeżeli to nie byłby granat - dodaję, - to mogłaby to być czerń kosmosu złagodzona do ziemskiego grafitu. Pewnie z domieszką głębokich podwodnych szmaragdów osadzonych w pierścieniach pijawek. Na takim tle brzuch karpia jest trupio blady, widoczny z daleka jak biała wyspa na morzu czarnym.

- Otóż nie. Śmierć karpia jest zjawiskiem cyklicznym i nie tonie w żałobnych kirach. Kiedy karp rokrocznie umiera i przewraca się mlecznym brzuchem do góry, zaburza porządek wszechrzeczy. Woda opalizuje wtedy radosnym różem i srebrzystościami księżyca, ale zdarza się też czasem, że zdąży wpleść w rwące warkocze nurtu złoto promieni słońca.

     Rozglądam się i zauważam, że nie jesteśmy sami. Zbocze pokryte jest szczelnie kocami, na których siedzi już spory tłum złakniony widowiska. Z góry nieprzerwanie lukruje wszystko białe światło Księżyca, rozsmarowując się na powierzchni wody tysiącem migotliwych gwiazd. 

- Jest coś ważniejszego - nachyla się do mnie i odgarnia kosmyk włosów tak, żeby gorący podmuch powietrza z jego ust wypełniał wnętrze małża ucha. Ścisza przy tym głos do tego stopnia, że staje się piaszczysto chropowaty. Ziarenko słów podrażnia i toczy perłę. -  Najważniejsze w tym jest to, - jego wilgotny szept osiada rosą - że w momencie, kiedy woda staje się srebrzyście różowa i oznajmia śmierć karpia, spełniają się wszystkie życzenia.

-  I trwa to tylko chwilkę? - Pytam z lekkim uśmiechem, nie mogąc oderwać wzroku od gasnącego w dole hipnotyzującego widowiska malującego się w gęstej ciszy u mych stóp. Pod drobnymi falami  gasną ostatnie opalizujące smugi różu, a karp odpływa w głębiny.

- Tak, - odwraca głowę, by spojrzeć na ciemną już rzekę. Rozgląda się i spuszcza wzrok. - Jak łatwo przegapić cud.


czwartek, 8 września 2016

(225) Trywialne objawienie

     Doznałam ostatnio iluminacji. Objawiła mi się rzecz najprostsza i najoczywistsza, która tkwi tuż przed nosem, a więc paradoksalnie jest najtrudniej zauważalna.

     Człowiek skupiony jest na celach. Co chce. Osiągnąć, mieć, do jakiej wyspy na tej zagmatwanej mapie życia dotrzeć, co na niej zbudować i kim zostać jak dorośnie.
O ile kiedyś dorośnie.
Piotruś Pan nie dorósł i miał fajnie. No ale on tak postanowił i był konsekwentny, więc można mu wybaczyć tę niesubordynację względem czasu.

     Ale! Równie ważne jest wiedzieć, czego w życiu się nie chce. Odważnie spojrzeć sobie w oczy i powiedzieć jakich cech się nie toleruje, o co boleśnie haczy dusza wirująca w ciele, do których wysp nigdy nie dopływać. Wiedzieć, czego się nie chce to już ogromnie dużo.

Ale marzeń sobie nie odmawiam. Zwłaszcza tych malinowych. Niech idą w boczki. 

Dzisiaj Dzień Marzyciela. Ktoś z Was się poczuwa do świętowania przy mentalnym torcie? Palec pod niezabudkę!

Zaraz zrobimy kawę. Wprawdzie nie mam kawy, filiżanek i pieniędzy,
ale od czego jest nadrealizm, metafizyka, poetyka snów.

                                                                                                                              Tadeusz Różewicz



A Ty? Kim będziesz, jak dorośniesz?


piątek, 26 sierpnia 2016

(224) Igraszki z Kaczyńskim

     Dziś znowu nie będzie o robalach, bo mam palący wręcz piekielnie temat, którym muszę się z Wami podzielić, niech Was też parzy, a co.

     Wyobraźcie sobie, że staję teraz na mównicy i natchniona, z rozmarzonym wzrokiem i rozmazanym okiem mówię jak Martin Luther King: I HAVE A DREAM! I ta reakcja! Z milionów płuc wydobywa się ekstatyczne westchnienie, które łącząc się z moją emfazą w jedno pierzaste serce, unosi się nad tłumem, samo będąc jednocześnie dla niego prawie namacalnym dowodem jedności i podniosłości chwili. Coś jak napisy końcowe pojawiające się przy wtórze porywającej muzyki. Wyciska łzy przez pępek.

Z tym, że mój sen daleki był od marzenia sennego, a reakcja tłumów daleka od ekstazy. Oj, tak. Aż się wzdragam na jego wspomnienie.

     Nie mam pojęcia jak go ubrać w słowa, bo nijak nie wpasowuje się w dzisiejszą, lepszą rzeczywistość nad której urwiskiem szumi już nie szopenowska wierzba, lecz brzoza (nota bene to już kolejne drzewo w szpalerze historii, obok tych, na którym gniazdo założył orzeł biały, dębów Bartek, Lech, Czech i Rus, obok jodeł, co to szumią na gór szczycie i rozdartych sosen. I jaworów, pod którymi amory. Może flaga Kanady nie jest taka od czapy?).
Sen może się jednak tak akuratnie wpasować w tę dendrologiczną rzeczywistość, że okaże się, że będzie to mój ostatni post, więc jeżeli zniknę w niewyjaśnionych okolicznościach, to wspominajcie mnie dobrze i przysyłajcie cebulę i majtki na zmianę. Dobrą zmianę.

     Mianowicie śnił mi się PREZES. Tak, sam Kaczyński. Jestem zaszczycona. I to nie był sen erotyczny, o nie! Jesoo, jeśli to byłby sen erotyczny, to o zabarwieniu horroru, z nutą groteski, a nawet makabreski. Taka niestrawna mieszanka spowodowałaby, że kołderka automatycznie zamieniłaby mi się w kir i marmurową płytę zaraz po transmisji. 

     Nie wiem, czy dam radę opisać te ekscesy, ale w końcu taki mam zawód, więc po prostu muszę, rozumiecie. Taka robota. Ale co się zobaczy, nawet we śnie, tego się już nie odzobaczy, a nie chcę być jedyną osobą na świecie z szokiem pourazowym. Mam widocznie coś sadystycznego we krwi, więc przekręćcie potencjometr tolerancji na maksimum, żeby nie doznać spalenia obwodów. Bo tu wymagane są wzmożone moce przerobowe. Normalnie aż mi wstyd. Włączcie empatię. I wybaczcie. To potrwa krótko.

Otóż prezes nosił wodę z jednego pokoju do drugiego bardzo ją rozchlapując. Dlaczego? Nosił ją w ustach, a przy tym tak się śmiał, że wypływała mu spomiędzy zębów, ciekła kącikami ust, pryskała po każdym parsknięciu. Prezes próbował zakrywać usta rękami, co jeszcze pogłębiło wydźwięk chwili. Przebiegał kurcgalopkiem w garniturze w tę i wewtę. Czułam wielki niesmak i niemal obrzydzenie. Politowanie i wstyd, całą tą niezbyt przyjemną mieszankę, kiedy ktoś wygłupia się niesmacznie, a przy tym głupkowato. Mieszanka zabójcza, dyskredytująca i dyskwalifikująca.



Chcąc przetrwać ten danse macabre, krzyknęłam: ZBIÓRKA!

Kaczyński stanął jak wryty, zbaraniał kompletnie, powiódł ciemnymi oczkami z prawa na lewo, aż trafił na mnie i w wysokim stopniu zaskoczony wykrztusił bezradnie: JESTEM PREZESEM! TO JA MOGĘ ROBIĆ ZBIÓRKI!

No już. Koniec tej traumy.

Z sennika staropolskiego:
Śnić o męskich wygłupach - uważaj, spełni się na jawie! Oraz strzelisz trójkę w totolotka.

Zaiste, sama prawda w tych sennikach.


poniedziałek, 22 sierpnia 2016

(223) Mogiłka

     Miało być o robalach, ale nie będzie, bo może Wam się już przejadły? Będzie w takim razie o czymś innym. 

      Stał się oto cud i pojechaliśmy w zielone, daleeeeeko, daleeeeeko, za siódmą górę. Mim, Mat, Mama z Koleżanką i ja. No, może zajechaliśmy nie aż tak daleko, ale fakt faktem, że dojechaliśmy na pogranicze Wielkopolskiego Parku Narodowego, gdzie mamy kawałek naszej planety na wyłączność. Na górze kilka tysięcy metrów własnego nieba, pod nogami analogicznie tyle samo chwastów, a przed furtką rząd wierzb niepłaczących, szuwary, pole, o tej porze ogolone na jeża, a za nim jezioro, po którym będąc małą szczerbatą dziewczynką pływałam z bratem żaglówką albo i wpław.
     Jezioro to, jak większość jezior na tym terenie to akwen polodowcowy, w którym znajdowałam tony muszelek. Ale nie takich zwykłych, nie. Muszelki były bowiem skamieniałe. Mieliśmy kilogramy skamieniałości, ach, gdybyż zachowały się do dziś, bylibyśmy chyba obrzydliwie bogaci, co? A tak to pozostaje grać w totka.  

     Ale nie będę opisywać co robiliśmy w chwaściorach, bo to raczej nudne, no, z wyjątkiem zabaw Mata i Mima, którzy to rzucali mirabelkami do celu. Celem była srebrna strzała mamy, japoński cud motoryzacji z przełomu wieków. W zasadzie zarówno gabarytami jak i kolorem przypominała finalnie słoik dżemu mirabelkowego.

Wcisnęliśmy się do niego ponownie, a nasze pięć ciał wypełniło szczelnie przestrzeń strzały (ach, jaki smaczny zlepek szczprzstrz!). Jechaliśmy, jechaliśmy, wieczór wciskał się do środka przez wywietrzniki, oddechy uciekały przez uchylone okienka, kolana kłuły w brody, a brody kłuły kolana (Mat, nie dość, że produkuje więcej testosteronu ode mnie, to już mnie przerósł! Ma 173cm wzrostu i nie widać końca tej tendencji). No i pech i Mat chcieli, żeby odebrać po drodze zdjęcia. Stanęliśmy więc na parkingu, Mat poleciał na skrzydłach euforii po swoje foty, a ja i Mama wysiadłyśmy powdychać pełną piersią świeże spaliny miasta. Położyłam bukiet kwiecia od Mima na dachu, żeby nie trzymać go ciągle w dłoni. Wiecie, ręka się poci, łodygi też, nic przyjemnego ściskać taką zieleninę. Kładąc je na dachu nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że kładę je jak na pięcioosobowym grobowcu, tylko, że wewnątrz Mim i Koleżanka bardzo żywotnie deliberują. 

- Zapomnisz o nich - beznamiętnie zauważa Mama.

- Ależ skądże, specjalnie położyłam je w tak widocznym miejscu, żeby nie zapomnieć. 

- Ze straszykami było to samo, przypominam - Mama ziewnęła przeciągle.

Zacukałam się z lekka. Hmmmm, serio? Zamordowałam straszyki w tak perwersyjny sposób? Błogosławiona sklerozo i Ty, święty Alzheimerze!

No, Mat, długonoga gazela, powrócił. Pakujemy wszystko i wszystkich do srebrnej strzały i wyruszamy.
Jedziemy sobie dostojnie, aż tu nagle na drugich światłach młodzieniec obok wykonuje bulwersujące ruchy prawicą, i patrzy na mnie uśmiechając się lubieżnie. No co za facet! Oczywiście uśmiecham się do niego również. Tylko co to za nieprzyzwoite ruchy? Aaaa, że mam okno otworzyć. Nono. Szkoda.

- Proszę głośniej, młodzieńcze!

- No to kwiatki spadły, mówię, ale dopiero niedawno!

Psiakrwia. A to nawet nie Boże Ciało. No i mamy proroka w rodzinie.



Jako, że brak fotografii ilustrującej zdarzenie, a to wysoce z nim koreluje, pokazuję Wam z czego wiosną zrobiłam cukier fiołkowy.
No to może następnym razem będzie już wyłącznie o robalach, co?